Pierwszy raz się nam zdarzyło, że w górach było mniej śniegu niż u nas w Pyrlandii. Ale na szczęście było go wystarczająco dużo, by poszaleć na plastikowych mordercach (dupolotach czyli) i przeprowadzić akcję pod kryptonimem "Śnieżne wojny"

Jak zwykle opanowaliśmy naszą zimową górską bazę w Ochotnicy. Tym razem wreszcie poznaniaki mieli okazję poznać naszego gazdę Staszka, który akurat miał przerwę w ciężkiej pracy za granicą i mógł pobyć trochę z nami.
Jak zwykle też musieliśmy zaszaleć na śniegu. Tym razem dupoloty poniosły dość dotkliwe straty - śniegu było nie za wiele, więc wystające kamienie, czy gałęzie dały się nam we znaki (połamany dupolot i rozdarte spodnie xTomka są tego dowodem... zresztą nie tylko spodnie ;-) Na szczęście wszyscy przetrwali "Zemstę plastików" bez większych obrażeń.

Z górskich wędrówek udało się jedynie (a może "aż") wejść na Gorc (1228m) - pobliski szczyt, z którego podziwialiśmy piękną panoramę Tatr i który okazał się jedynym naszym trofeum.

 

 

Kilku "hardkorów" ostrzyło sobie zęby na najwyższy szczyt Gorców, czyli Turbacz (1310m). Niestety w dzień wyjścia nasypało tyle świeżego śniegu, że nasz Gazda (który też chciał z nami iść), patrząc w okno, stwierdził: "Tomek, nie damy rady...". No więc, jak już sam Gazda mówi, że nie damy rady, to nawet xTomek się poddał. Później trochę żałowaliśmy, bo śnieg przestał padać po godzinie, a po dwóch wyszło piękne słoneczko. Ale, jak to mówią: "co się odwlecze, to nie uciecze" ;-)

Jak zwykle byliśmy też w Jaworkach, gdzie, jak zwykle była msza w pięknym kościółku, który kiedyś był Cerkwią.

I jak zwykle poszliśmy do wąwozu Homole, którego nazwa wcale nie pochodzi od homo-moli, ale od rodu Homolan, których był kiedyś własnością. Jak zwykle też wjechaliśmy wyciągiem narciarskim na Palenicę, żeby potem szlakiem turystycznym zjechać na dół. I jak zwykle w kolejce do wyciągu po chamsku wpychali nam się w grupę narciarze (ciekawe, że tego typu chamstwo można spotkać tylko w Polsce - jakoś za granicą takich zjawisk nie spotkałem).

Jak zwykle (czy ja się trochę nie powtarzam?) dane nam było wsiąść na prawdziwe sanie z prawdziwymi końmi i śmignąć na prawdziwy górski kulig, który oczywiście zakończyliśmy ogniskiem i kiełbaskami, czyli jak zwykle :-)

Czas minął, jak zwykle zresztą, w błyskawicznym tempie i ani się nie obejrzeliśmy, jak trza było wracać do domciu.

W drodze powrotnej atrakcją główną były Wadowice. Odprawiliśmy najpierw Mszę w kościele, w którym Karol Wojtyła służył jako ministrant. Potem poszliśmy na papieskie kremówki do cukierni, a następnie do domu rodzinnego naszego wielkiego Papieża. Puentą była pizza z coca-colą (co, po tygodniowym poście od napojów gazowanych, było dla niektórych sporą atrakcją ;-)

Potem jeszcze szybkim rzutem zwiedziliśmy Kraków Łagiewniki i Sanktuarium Miłosierdzia Bożego i pewnie poszlibyśmy jeszcze na krakowską starówkę zobaczyć, jak wygląda miasto nocą, ale w głosowaniu ten pomysł przegrał z bardziej atrakcyjnym - czyli zwiedzaniem... centrum handlowego. Nasuwa mi się tu nieodparcie (co chyba jest dowodem, że się powoli starzeję): "Ach, ta dzisiejsza młodzież" ;-) Nasze odwiedziny (a zwłaszcza czas wolny dla całej bandy) wywołały panikę wśród ochroniarzy. Tekst w stylu "To jakaś grupa z księdzem!", co chwila brzmiał w krótkofalówkach. Mówiąc krótko - poznaniaki dali się krakusom we znaki, na pożegnanie...

Potem jeszcze tylko ten koszmarny pociąg nocny i połamane wszystkie gnaty od próby zaśnięcia w tysiącu i jednej pozycji, no i wreszcie w domciu.

Było super i coś mi mówi, że w przyszłym roku też będzie ;-)


---> film <--- 

 

 

Komentarze 

 
#2 2010-07-28 14:37
pewnie że było super
Cytować
 
 
#1 2010-06-05 17:05
super było
Cytować
 

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież

Facebook: podziel się
Odsłon : 125402
Naszą witrynę przegląda teraz 3 gości 
Pomoce:
Kontakt