Rowerowy Raj
Jest takie miejsce, w którym rowerzysta ma zawsze pierwszeństwo, w którym rower można zostawić przy sklepie bez zapięcia, w którym ścieżki dla rowerów są wszechobecne. Raj dla rowerów. Byliśmy tam z ekipą!
Bornholm – maleńka wysepka, na którą płynie się parę godzin promem i którą można objechać w jeden dzień
rowerem (140km). Duńczycy postawili na rowery. I trzeba przyznać, że im się udało. Wysepka naprawdę jest rajem dla rowerzystów i chyba każdy z naszej ekipy to potwierdzi.
Lekko pagórkowaty teren, trochę lasów, sporo pól i przede wszystkim – widok na morze z każdej strony. Można naprawdę zaszaleć! Nasza nauczycielska ekipa ze szkoły zaszalała! Długi weekend po Bożym Ciele wykorzystaliśmy na „wykręcenie” 240 km po wypasionych bornholmskich szlakach rowerowych.
A szlaki rzeczywiście są wypasione – elegancki asfalcik (i mówiąc elegancki mam na myśli: bez dziur, bez studzienek wystających i wklęsłych i bez kałuż zalegających tygodniami), albo ewentualnie utwardzona i wyprofilowana szutrówka. Generalnie „lodzio-miodzio” jak mawiają pingwiny. Mikroklimat morski – więc jodu się nawdychaliśmy dla zdrowotności. Powietrze czyściutkie, bo samochodów jak na lekarstwo, a tira ani jednego. Fakt - byliśmy poza sezonem i cała wyspa była opustoszała. ![]()
![]()
![]()
We wioskach nie spotkaliśmy żywego ducha. Wszystko wypieszczone, czyściutkie, zadbane, ale ani jednego człowieka! Normalnie jak z amerykańskiego filmu o broni biologicznej czy o jakichś tam ostatnich, co przeżyli, bo mieli rowery. Miasteczka już trochę bardziej ruchliwe. Gdzieniegdzie język niemiecki, ale w ten weekend większość stanowili Polacy.
Bornholmczycy są dumni ze swoich atrakcji turystycznych, których jednak nie mają za wiele. Parę hektarów lasu o wdzięcznej nazwie „Rajskie wzgórza”, cztery zabytkowe kościółki-rotundy, które dawno, dawno temu służyły nie tylko do modlitwy, ale też jako schronienie w czasie napadów, jedne ruinki zamku i parę skałek na wybrzeżu. Ah! Byłbym zapomniał o największym wodospadzie Danii! Powalająca wysokość: 4m (słownie: cztery metry) robi wrażenie ;-)
Atrakcją jest to, że można to wszystko spokojnie i relaksacyjnie objechać rowerkiem w parę dni. I wracać sobie codziennie na kemping, których tam są setki. Kemping oczywiście full wypasiony – w końcu standardy europejskie (u nas nawet basen był :-). A jak się komuś jeżdżenie znudzi, to iść na spacer nad morze może (obojętnie w którym kierunku – tylko czasem wyjdzie trochę długi ten spacer ;-)
![]()
Fotek napstrykaliśmy mnóstwo – rzepak kwitł, więc z niebieskim morzem i zielonym lasem tworzył bajeczne połączenia, do tego wiatraki – wiadomo duńskie, a nie holenderskie.
Stworzonek Bożych mnóstwo typu: konie, krowy, osły, a także stokrotki i coś-tam-coś-tam – ale też ładnie wygląda, jak tego dużo ;-) Piękne domki pomalowane na radykalne kolory przez miejscowych artystów (a jest ich sporo na Bornholmie), a żeby nie umrzeć z głodu – słynne wędzarnie, a w nich niemniej słynne wędzone śledzie. Co do tych ostatnich to… no cóż, spróbować wypada – w końcu to „Bornholm specialitet”.
Były oczywiście też przygody typu: pit-stop w wykonaniu Dyrektora (15minut na zmianę dętki), albo ścieżka wzdłuż strumienia wyjątkowo NIE-rowerowa, którą oczywiście ksiądz z katechetą na hardcora musieli przejść (od czasu do czasu przejeżdżając), aby zakończyć w morzu.
Fajna sprawa
taka wyprawa! Polecam bardzo i pozdrawiam krótkim duńskim:![]()
"Bye" (które należy czytać: "bøøøe" :D )![]()
Komentarze