Spływ Wdą - piórem Boba
Dziewięć i pół dnia spokoju i jeden wieczór hardkoru - czyli Wda 2010 piórem Boba (oraz FILM od xTomek Pictures)
Było chłodne lato, ale dużo się działo, sporo piwa się piło i mocno się spało. Tak w największym skrócie brzmi tegoroczna kajakowa przygoda. Ale od początku.
Początek
Był poniedziałek 16-ego sierpnia. Ufff, łezka się w oku kręci, gdy wspomina się dziś ten dzień, piękny dzień... Kontynuując, już bez zbędnych, choć z trudem ukrywanych sentymentów, był to dzień naszej pierwszej zbiórki. Pociąg odjeżdżał o 12.20, ale nasz Admirał (Ksiądz xTomek oczywiście), zarządził zbiórkę o 11.45. Niektórzy, spływowym zwyczajem, pomimo najlepszych chęci, zjawili się z pewnym, nazwijmy to... "poślizgiem". Niewiele na tym jednak stracili, bo jedynie długie, ciągnące się minuty czekania na spóźniony o prawie pół godziny pociąg. Dla punktualnych była to pierwsza lekcja (jak się potem okazało bardzo owocna), że na spływie punktualność nie jest w cenie, bo co spóźnione może być, to i tak z góry wiadomo, że spóźnione będzie :)
W pociągu do Piły, w którym opanowaliśmy cały wagon, jedni wymieniali integracyjne spojrzenia, wszak niemal połowa ekipy była przysłowiowymi "nowicjuszami", inni z kolei grali w karty, a jeszcze inni odsypiali, prawdopodobnie nieprzespaną noc.
W Pile przesiadka na opóźniony do Chojnic, a w Chojnicach, na incydentalnie punktualny do Lipusza, choć w pośpiechu niektórzy zamiast na Wdę odjechaliby na wycieczkę krajoznawczą do Olsztyna :)
Cały nasz, jak się potem okazało bardzo zgrany team, po raz pierwszy w komplecie spotkał się właśnie w Lipuszu, gdzie bezpośrednio z północnych części Polski dojeżdżały nasze spływowe pary: Natalia i Filip, oraz Sandra z Krzysztofem.
Pierwsze, najczęściej dosyć nieporadne rozbijanie namiotów i wypakowywanie najniezbędniejszych rzeczy i od razu w naszym spływowym ogródku pojawiły się pierwsze kwiatki. Tym najbarwniejszym był chyba słynny już dmuchany materac Asi, spełniający funkcjonalnie rolę karimaty, a gabarytowo - łóżka. Piękna pogoda nie rozpieszczała nas jednak długo i niemal natychmiast po rozpaleniu ogniska (czym zarządzał OgnioMistrz Filip) i usmażeniu na nim kilku kiełbasek, zaczęło padać, a potem lać, potem znowu padało, a potem lało, i znowu, i znowu i tak do samego rana.
Czym jednak jest ulewa dla Admirała, który choć może jej nie przepędził to bardzo skutecznie zwalczył najgorszą (oprócz wszechobecnej wilgoci) jej konsekwencję: nudę.
A mianowicie uczynił tak: w naszym namiocie 3D (dla nie znających terminologii - namiocie trzyosobowym) urządził gitarową balangę, na której w godzinach szczytu frekwencja wynosiła: 14 (słownie: czternaście) osób!
No to "Wypływaaaamyyyy"!
Następnego dnia z samego rana po raz pierwszy zabrzmiała komenda: "Wypływamy!" i w tym momencie nasza przygoda naprawdę się zaczęła. Tuzin zapakowanych po brzegi kajaków ruszyło w swój pierwszy na tym spływie rejs...
Każdy kapitan znalazł sobie najlepszego swoim zdaniem bosmana, z którym zdecydował się dzielić swój kajakowy los przez następne dziewięć dni. Każdy oprócz mnie, człowieka ceniącego sobie ciszę i spokój. Wybrałem los samotnego żeglarza w przeświadczeniu, jak się później okazało słusznym, że jedynie płynąc z samą gitarą będę miał pewność, iż w niczym niezakłócony sposób będę mógł podziwiać niewątpliwe uroki Wdy i nikt tam z przodu przy tym nie będzie mi zawracał przysłowiowej "gitary" :)
W godzinach popołudniowych wszyscy w komplecie zameldowali się we Wdzydzach Kiszewskich, miejscu, które stało się bliskie sercu każdego z nas poprzez fakt możliwości wzięcia tam ciepłego prysznica. W dodatku zupełnie bezpłatnie, gdyż miejscowi gospodarze docenili nasz talent wokalny, którym w swojej restauracji mogli się raczyć ze wszystkimi współbiesiadnikami przez cały wieczór. Chcąc się nam odwdzięczyć podarowali nam żetony pod prysznic, po jednym dla każdego.
![]()
Tuż obok naszego pola namiotowego oprócz kolonii pijawek, które regularnie uczepiały się każdego, kto nieświadomy kłopotliwego towarzystwa wchodził do wody, była wysoka na 40 metrów wieża widokowa, na szczycie której odprawiliśmy chyba najbardziej nieprzyziemną mszę świętą, na jakiej kiedykolwiek byłem. W dodatku na koniec Eucharystii niezwykle urokliwa miejscowa starsza pani przyszła do nas i zaprosiła wszystkich na słynne już śniadanie, w jej domu "obok tego zielonego trawnika".
Tuż przed wypłynięciem w dalszą podróż nagle rozpętała się ulewa, zaskakując wielu, jak również ich niezabezpieczony na taką ewentualność dobytek w postaci nie zamkniętych worów z rzeczami, wywieszonych na sznurku schnących ubrań, czy adidasów leżących gdzieś przed namiotem. Dla niektórych z tych przedmiotów deszcz ten był początkiem ich końca, ale o tym "jutro".
Niezidentyfikowane pola namiotowe
Z tradycyjnym poślizgiem, tego dnia wyjątkowo mokrym, ruszyliśmy w dalszą drogę przez głębokie na 72 metry jezioro Wdzydze. Wszystkie załogi, pomimo niesprzyjających warunków meteorologicznych, przejawiających się silnym sztormowym wiatrem, trzymały jednak kurs nad poziomem jeziora.
Tego dnia zatrzymaliśmy się gdzieś w środku lasu, na bliżej niezidentyfikowanym namiotowym polu, dla którego słowo "cywilizacja", wraz z pojęciami z nim związanymi były dosyć odległe. Na brak atrakcji narzekać jednak nikt nie mógł: slalomy między pozostałościami po inwazji krów, piękne czyściutkie gwiaździste niebo, przynajmniej dla tych, którzy nie poszli spać przed północą i palące się moje buty, na których krótka wizyta przy ognisku pozostawiła dosyć trwały ślad.
N
astępnego dnia krótka przerwa w środku dnia, żeby zobaczyć kamienne kręgi, znajdujące się w pobliskim lesie, pozostawione przez Gotów na początku naszej ery. Po męczącym dniu dopłynęliśmy jednak do pola namiotowego w Czarnej Wodzie, gdzie powitał nas pewien niezbyt sympatyczny jegomość, co najgorsze - właściciel tychże gruntów. Pomimo tego kłopotliwego towarzystwa, zdecydowaliśmy niemal jednogłośnie, że zrobimy właśnie tu jedyny (przynajmniej jedyny planowy) dzień odpoczynku. A działo się tam prze
z te dwa dni, oj działo...
W największym skrócie: w nocy Admirał przemienił się nagle w przybysza z obcej planety za sprawą nieużytecznej już do celów spożywczych folii śniadaniowej. Ja, tuż po północy, poczułem na własnym... znaczy się własnej skórze, że właśnie skoń dwadzieścia lat dzięki nadludzkiej, żeby nie powiedzieć nieludzkiej sile dwudziestu współrekolekcjonistów, którzy przy pomocy wiosła odpowiednio uświadomili mi każdy z tych wszystkich dwudziestu lat życia. Potem jednak pyszny tort przyrządzony przez dziewczyny w eufemistycznie mówiąc, niezbyt sprzyjających jakimkolwiek zabiegom kulinarnym warunkach obozowych, załagodził sytuację :) No i na koniec najważniejsze, a na pewno najśmieszniejsze wydarzenie z Czarnej Wody: ogłoszenie Macieja o tym, że zostały jeszcze grzyby do zjedzenia :P Okoliczności tego komunikatu niech pozostaną znane jedynie jego świadkom.
Tego wieczora ugotowaliśmy też prawie czterdzieści kukurydz zerwanych przez Emilię, Michała i moją skromną osobę, na polu kukurydzianym napotkanym przez nas gdzieś po drodze przy rzece. Gdy połączymy ową kukurydzianą ucztę z dwoma królewskimi (i to nie tylko w kategoriach spływowych) obiadami tam zjedzonymi, zrozumiałe staje się, że w tym roku nikt na jakość i poziom wyżywienia narzekać nie mógł. Po dniu odpoczynku znów przyszedł czas na wiosłowanie, tym razem dotarliśmy na pole namiotowe, które na stanie miało miejsce na ognisko oraz kran z bieżącą wodą w nieodległym gospodarstwie. Niewiele? A jednak wystarczy żeby przyrządzić pyszną pomidorówkę dla dwudziestu trzech osób, z czego dziesięciu chłopa. Potrzebny jest jedynie admiralski zmysł i drobne wsparcie merytoryczne od kilku znających się na rzeczy dziewczyn i można poczuć się jak we włoskiej tawernie. No, pod warunkiem, że zamknie się jeszcze oczy i jedyne co się czuje to ten niepowtarzalny Smak przez duże "S" ;)
Msza z piorunami
Następnego dnia Ksiądz chciał jeszcze koniecznie przed wypłynięciem odprawić Mszę ze względu na Dzień Święty - niedzielę, jaka wtedy przypadała, ale że lud Boży orzekł, iż lepiej ją odprawić po dopłynięciu wieczorem, toteż zwinęliśmy manatki i popłynęliśmy dalej.
Dotarliśmy na miejsce późnym popołudniem, drogę przemierzając głównie w tzw. polimaranach, minimalizując w ten sposób wkład własny w przemierzaniu rzeki. Rozbiliśmy namioty, zaczęliśmy mszę, gdy nagle, podczas kazania, które ze względów meteorologiczno-praktycznych było wyjątkowo krótkie, zastała nas prawdziwa ulewa, która w czasie wyznania wiary przerodziła się w burzę. Cała Eucharystia odbywała się obok kamienia upamiętniającego obecność, wówczas jeszcze, Karola Wojtyły na tej rzece, ponad pół wieku temu. I stawiam dolary przeciw orzechom, że Jan Paweł II nigdy nie odprawiał mszy pod takim baldachimem, jak ksiądz Tomek tamtego pamiętnego dnia. Podczas błogosławieństwa do namiotów przepędził nas piorun który uderzył w drzewo oddalone od nas o jakieś 30 metrów, no a potem każdy modlił się już we własnym namiocie, aby nigdzie razem z nim nie odfrunął bo wiało jak na biegunie, no może nawet i jeszcze bardziej :P
Wieczorem okazało się, że wichura do spółki z burzą poczyniła pokaźne straty w okolicy, zerwane zostały linie energetyczne i nigdzie nie działało właściwie nic, nawet wyczekiwana od kilku dni przez wszystkich toaleta.
Kajakarze Hardcoru
Następnego dnia zupełnie nieświadomie wypłynęliśmy w najdłuższy na tym spływie odcinek...
Mieliśmy przepłynąć teoretycznie 23 kilometry, jednak osoby płynące na początku (których tożsamości nie mogę podać na mocy ustawy o ochronie danych osobowych) przegapiły docelowe miejsce naszego noclegu. Było to w okolicy godziny 19, do zmroku pozostało niewiele ponad godzinę. Można wyobrazić sobie nasz nastrój, kiedy Admirał poinformował nas, że następne pole namiotowe jest za 13 kilometrów i że tam musimy dzisiaj dopłynąć doganiając przy okazji pozostałe ekipy będące około 4 kilometry przed nami. Jeżeli jeszcze komuś było mało wrażeń, to po upływie kolejnych piętnastu minut zaczął najpierw padać, a po niedługiej chwili - lać deszcz.
Płynęliśmy więc, z minuty na minutę coraz bardziej mokrzy, w coraz większych ciemnościach, kilometr po kilometrze, aż nie było widać już praktycznie nic... No nie licząc świecących latarek zdobiących każdy kajak ("Nie każdy!" - przyp. Macieja). Tego dnia okazało się, że Kajakarze Hardkoru płyną rzeczywiście "do oporu", bo gdy wydawało się, że już dopłynęliśmy, już wyszliśmy na brzeg, już świętowaliśmy zwycięstwo i ocalenie, zabrzmiała najstraszniej brzmiąca ze wszystkich do tej pory, komenda Admirała: "Wypływaaamy" i informacja, że to jeszcze nie tutaj, chociaż okazało się, że do celu nie zostało już daleko: około 300 metrów. Tam czekał na nas, przywieziony przez pana Adama, obiad, co najważniejsze - ciepły, na wspomnienie którego do dzisiaj cieknie mi ślinka... Nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, przestało padać, dzięki czemu mogliśmy chociaż na sucho rozbić namioty, w których już po niedługiej chwili frekwencja chrapiących w śpiworach miśków była 100%-owa.
Tego dnia przepłynęliśmy 36 kilometrów, odcinek przewidziany na dwa dni, toteż następnego nigdzie się już nie wybieraliśmy. Była medytacja, konferencja i, jak co dzień, msza święta na kajaku, jednym słowem: rekolekcje pełną parą. Wypiliśmy też 151 litrów denaturatu, lub tylko tak śpiewaliśmy... Sam już nie pamiętam :) W tamtym dniu ktoś bardzo lekkomyślny powierzył również Maciejowi i mnie, potencjalnie dwóm najmniej odpowiednim do tego osobom, umycie garnków z sadzy. Szybko jednak znaleźliśmy alternatywny sposób doprowadzenia ich do porządku, czego efektem było to, że po kilku minutach obaj wyglądaliśmy jak murzyni i to tacy, którzy naprawdę potrafią rozświetlić mrok.
Po godzinie już chyba każdy na polu był za naszą, niekoniecznie nieumyślną przyczyną, gdzieś tam, chociaż trochę czarny.
Metafizyczność przyrody
Ostatniego dnia płynęliśmy najbardziej malowniczym fragmentem rzeki. Choć pogoda znów nas nie oszczędziła, to Wda pożegnała nas tym odcinkiem najpiękniej jak mogła.
Łatwa to była rzeka. Poziom jej trudności większość z nas zdecydowanie rozczarował.
Choć pisanie o jakimkolwiek poziomie "trudności" w odniesieniu do tej rzeki jest i tak chyba pewnym nadużyciem i niech to już mówi samo za siebie. Ale była piękna, przepiękna, powiedziałbym, że w pewnych miejscach absolutnie magiczna. Można tam było poczuć piękno zupełnie dziewiczej przyrody, która bez człowieka, często swego największego wroga, pokazała nam, jak wspaniałym jest artystą. Dziś tęskni za nią chyba każdy z nas. W każdym bowiem zaszczepiła ona pierwiastek zachwytu i uwielbienia natury. Takiej prawdziwej, bez tabliczek, bez
płotków, bez zbędnych szlaków, gdzie człowiek sam sobie jest przewodnikiem. Byleby jedynie ją podziwiał, a nie próbował w nią ingerować, nie naprawiał jej, nie ulepszał. Bo tam, gdzie człowiek dotknie przyrody, tam traci ona swoją metafizyczność, przestaje być niezwykła i niewytłumaczalna, a staje się po prostu przyziemna.
Mieliśmy wielkie szczęście mając możliwość spędzenia tam tak pięknego czasu, choć z drugiej strony wiadomo - było go za mało. Gorąco wierzę, że znów wypłyniemy za rok. Rok, który z perspektywy dnia pierwszego, wydaje się być wiecznością, ale przecież i tak upłynie i coś mam takie przeczucie, że znaaacznie szybciej niż nam się wydaje. Oby.
Ahoj więc Kajakarze!
Do zobaczenia za rok!
Bob czyli
Wojciech Bobkowski