DA w Ojczyźnie Jezusa
![]()
Był piękny wrześniowy poranek... a w zasadzie noc. Wakacje chyliły się ku końcowi. W czasie gdy wszyscy "normalni" studenci przygotowują się do nowego roku akademickiego, grupa śmiałków z Duszpasterstwa Akademickiego "Gościniec" stawiła się na poznańskim lotnisku "Ławica", by udać się w kierunku Ziemi Obiecanej (a obiecana ona była od listopada Anno Domini 2009).
Historia lubi się powtarzać - jak Izraelici szli okrężną drogą, tak i my wyruszyliśmy nieco naokoło, bo przez Londyn do Tel Avivu. Po całym dniu podróży, o 21 czasu izraelskiego, spotkaliśmy Ojca Jakuba OFM, naszego przewodnika historyczno-duchowego po Ojczyźnie Jezusa. W tym czasie Kuba i Ojciec Dyrektor zorganizowali transport - odebrali busiki: Wombata i Falafela - którymi mieliśmy udać się z lotniska do Jerozolimy. Już pierwszego wieczoru zrozumieliśmy (szczególnie nasi kierowcy), że wyprawa nie będzie należała do łatwych, co potwierdziło się w "naszym domu noclegowym", gdzie zastaliśmy zajęte pokoje. Błogosławieństwo Boże nie zna jednak granic, dzięki temu spaliśmy na parterze, w pokojach chłodniejszych i bardziej przestronnych. Około północy, po odprawieniu ekspresowej mszy świętej, wszyscy zasnęli kamiennym snem w swoich, a raczej NA swoich (ze względu na upał) śpiworkach.
I tak upłynął wieczór i poranek - dzień pierwszy.
Dnia następnego, z samego rana, udaliśmy się tam, gdzie wszystko się zaczęło - do Betlejem. Usłyszeliśmy po raz pierwszy, tak bardzo reklamowane przez wszystkich typowo arabskie sformułowanie "one dolar my friend". Po obowiązkowej wizycie w Grocie Narodzenia i obowiązkowym wykładzie z "bardzo ważnej historii Narodu Wybranego", uczestniczyliśmy w klimatycznej mszy świętej w Grocie św. Hieronima. Następne dwie godziny upłynęły nam w towarzystwie hałasów i zapachów arabskiej ulicy. Był pierwszy kebab, pierwszy falafel i pierwsze przyjaźnie z Arabami :-) Następny przystanek to Pole Pasterzy, gdzie szukaliśmy "Dzieciątka owiniętego w pieluszki" - udało się Agacie, (czyżby proroctwo?). Spróbowaliśmy też, po raz pierwszy w życiu, migdałów zerwanych prosto z drzewa. Później odwiedziliśmy Grotę Mleczną, gdzie "zgodnie z Tradycją" (uwaga słowo klucz!), Maryja karmiła Jezusa. Kolejnym miejscem, które odwiedziliśmy było Ein Karem - miejsce nawiedzenia świętej Elżbiety. W drodze powrotnej, drogą tylko dla hardcorów (zapytajcie o szczegóły księdza Tomka), udaliśmy się do Pustelni Jana Chrzciciela. Dzień pełen wrażeń zakończyliśmy na jerozolimskiej starówce chłonąc z dachu naszego schroniska piękno Świętego Miasta.
![]()
Dnia trzeciego zerwaliśmy się skoro świt, by udać się do odległej Galilei. Rozpoczęliśmy zwiedzanie od Cezarei Nadmorskiej - miasta Heroda Wielkiego i Poncjusza Piłata, które w trzynastym wieku legło w gruzach, tak jak elektronika Wojtka, po spotkaniu ze słoną, morską wodą. Kolejnym punktem programu była Góra Karmel z piękną panoramą Hajfy. Nazaret przywitał nas zakorkowanymi ulicami i smacznym obiadem. Po mszy odprawionej w miejscu, gdzie stał dom św. Józefa, udaliśmy się do Kany Galilejskiej, by zobaczyć miejsce pierwszego cudu i kamień, który na pewno NIE był stągwią do żydowskich oczyszczeń. Nocleg w Tyberiadzie okazał się darem od Boga, była klimatyzacja, były miękkie łóżeczka (choć nie dla wszystkich). Był też spacer i "tańczące fontanny" z okazji rozpoczynającego się żydowskiego Święta Namiotów. Tego dnia po raz pierwszy musiał interweniować lekarz pokładowy, gdyż arabskie jedzenie okazało się zdradliwe.
Kolejny dzień był dniem gór. Zaczęło się od Góry Błogosławieństw z kazaniem samego Jezusa (zachowało się w Ewangelii wg św. Mateusza, rozdz. 5,6,7). Następnie odwiedziliśmy miejsce rozmnożenia chleba, Tabghę, by udać się w dalszą drogę
(krętą i stromą) na kolejną górę - Górę Tabor. Po błyskawicznej modlitwie na Taborze (bo niestety zamykano już klasztor) udaliśmy się do En Gev, by popływać łódką po Jeziorze Galilejskim. Będąc nad rzeką Jordan, symbolicznie odnowiliśmy przyrzeczenia chrzcielne. Noc spędziliśmy u Ojca Wojtka w Tabgdze. Po przyjeździe, naszą uwagę zwróciło tajemnicze zwierzę. Michał stwierdził, że był to Wombat. Starożytne podania zidentyfikowały to zwierzę jako highrox, czyli góralka. Wtedy jednak jeszcze nie wiedzieliśmy, że zwierzątka te są przyjazne i nasze plany noclegu na plaży stanęły pod znakiem zapytania. Znak zapytania był jednak za mały i po kąpieli w Jeziorze oświetlonym światłami Tyberiady, spędziliśmy noc pod gwiazdami na jego brzegu.
I tak upłynął wieczór i poranek - dzień czwarty, a Bóg widział, że były dobre.
Noc była krótka, o piątej nad ranem zostaliśmy zmuszeni przez muchy do opuszczenia ciepłych śpiworków. Jedynym hardcorem, który zwyciężył bitwę z muchami okazał się Ojciec Dyrektor. Naszym zaspanym oczom ukazały się niezliczone rzesze wombatów. Ze względu na wczesną porę, nie mogliśmy sobie znaleźć żadnego produktywnego zajęcia, ale że gorąca woda z rana, jak śmietana, część z nas spędziła poranek w gorącym jak zupa w garnku Jeziorze Galilejskim. O 9 odprawiliśmy poruszającą mszę świętą w Kafarnaum nad Domem św. ![]()
Piotra. Pobyt w tej rybackiej wiosce uprzyjemnił nam doskonale zorientowany (jak zwykle zresztą) Ojciec Jakub. Żegnając się z Galileą udaliśmy się przez terytorium Palestyny nad Morze Martwe. Tam przekonaliśmy się czym jest słona woda, zażyliśmy błotnych kąpieli i doświadczyliśmy nie dającego się opisać stanu lekkości dryfując po tafli morza. Znad Morza Martwego udaliśmy się na Górę Oliwną, by odwiedzić miejsce, gdzie "Pan zapłakał" nad Jerozolimą i pospacerować po żydowskim cmentarzu. Wieczór zaskoczył nas długo oczekiwanym przez wszystkich shoppingiem - w końcu mieliśmy, co jeść! ;)
Dzień szósty zaczął się od zaśpiewania "sto lat" księdzu Tomaszowi, potem przyszedł czas na Stare Miasto.
Zaczęliśmy od Wzgórza Świątynnego, gdzie Wojtek z Izą przekonali się o surowości Koranu, bo nie pozwolono im się obejmować do zdjęcia. Następnie przeszliśmy pod Ścianę Płaczu, by zobaczyć żydowskie Bar Micwach i zatrzymać się na krótką chwilę modlitwy. Odwiedziliśmy grób króla Dawida. W wieczerniku modliliśmy się za kapłanów, w szczególności za xTomka i o. Jakuba. Odwiedziliśmy Kościół Zaśniecia NMP i miejsce zaparcia się Piotra, by następnie udać się do Bazyliki Narodów, zbudowanej przy skale, gdzie przed swoją męką modlił się Jezus - tam odprawiliśmy mszę. Tak rozpoczęła się duchowa część dnia szóstego, której kontynuacją była Droga Krzyżowa ulicami Jerozolimy, zakończona modlitwą w Bazylice Grobu. A że nie ma urodzin bez imprezy, więc dziewczyny przygotowały na wieczór tort, którego pojawienie się rozczuliło Ojca Dyrektora. Tradycyjnie wypiliśmy po lampce wina, wznosząc toast za naszego kochanego xTomka.
Po sześciu dniach zwiedzania miejsc świętych, odpoczęliśmy po całym swym trudzie.
Bóg pobłogosławił ów dzień i uczynił go świętym
![]()
![]()
Dnia siódmego udaliśmy się na Pustynię Negew. Robiliśmy zdjęcia na tarasie widokowym, odwiedziliśmy pustynne mini zoo, zbieraliśmy piaski pustyni, spacerowaliśmy po skalistym zboczu i piaszczystych drogach pustyni, po której wędrowali Izraelici. Oni czterdzieści lat, my tylko półtorej godziny, ale i tak mieliśmy dość :-) Późnym wieczorem wróciliśmy do Jerozolimy.
Przedostatni dzień zaczęliśmy mszą w Bazylice Grobu i jej zwiedzaniem, a jego resztę spędziliśmy na zaliczeniu miejsc związanych z ![]()
nowoczesną historią narodu żydowskiego. Udaliśmy się do muzeum holocaustu "Yad Vashem", Muzeum Księgi, pod Kneset, czyli Izraelski Parlament. Dzień zakończył się wspólną, arabsko-żydowską kolacją w niezapomnianej nocnej scenerii Starego Miasta.
Dzień dziewiąty to dzień ostatni. Zaczęliśmy go od mszy w Bazylice Grobu, następnie wyruszyliśmy wydawać ostatnie dolary w arabskich sklepikach. O 12:30 zjedliśmy obiad, by zaraz potem udać się na lotnisko. Tam z przygodami dotarliśmy na terminal pierwszy, by poddać się znanemu tylko z opowiadań procederowi kontroli. Cała kontrola okazała się raczej farsą niż "przetrzepywaniem bagaży". Tylko dwie osoby podpadły celnikom - Natalia z Kasią chciały wywieźć błoto z Morza Martwego, które na prześwietleniu wyglądało jak bomba. Na odprawie okazało się, że Kuba ma nogi z żelaza - wyjaśniło się, dlaczego tak dobrze prowadził samochód:-) Wracaliśmy oczywiście przez Londyn. Wylądowaliśmy szczęśliwie. Iza z Angeliką pobiegły do pracy, a reszta udała się do domu odespać wyjazd pełen wrażeń.
Do 100 tysięcy wombatów - koniec i bomba, a kto nie był ten trąba ;)
Spisane przez: Wojtka i Dziką :-)
RELACJE xtomka z wypraw do Izraela ----> Izrael'2008 Izrael & Jordania