IRPDA
IRPDA - czyli Integracyjny Rajd Pieszy Duszpasterstwa Akademickiego :D
To już tradycja, że przynajmniej 2 razy w roku (o ile pogoda nie przeszkodzi) wybieramy się całą ekipą na rajd do jakichś pobliskich chaszczy i puszczy.
Celem, oprócz kontaktu z dziką przyrodą i zdrowotnego wdychania świeżego powietrza (co wielkomiejskim mieszczuchom na pewno jest niezbędne), tak więc celem jest magiczne słowo: Integracja w DA.
Pogoda tym razem próbowała nas postraszyć. Na szczęście mżawka poranna pojawiła się dopiero pół godziny przed wyjściem. A zatem wszyscy zdążyli już wygrać poranną walkę z budzikiem (9 rano w sobotę to przecież noc!), zrobić zakupy na ognisko, dokonać przeglądu facjaty i koniecznych make-upów, a przede wszystkim przyjść pod plebanię, skąd już nie było odwrotu.
Nie daliśmy się zastraszyć i bardzo dobrze! Choć na początku nie było to oczywiste: jazda autobusem do Puszczy Zielonki - cały czas deszcz, wysiadamy z autobusu: deszcz, robimy zakupy w pobliskim sklepie: deszcz. Co tu robić? Hmmm.... "Nie ma co stać pod daszkiem! W końcu jesteśmy hardcorami!" - zakrzyknął Ktoś-tam, a reszta podchwyciła pomysł i wtedy.... przestało padać!
Na naszą trasę wybraliśmy szlak wokół jez. Stęszewskiego i Wronczyńskiego, w samy sercu Puszczy Zielonki. ![]()
Szlak przepiękny i urozmaicony. Oprócz zwykłej leśnej drogi znaleźć tam można bagna, mokradła, mosteczki i deseczki, łąki, rozlewiska, zagajniki i polanki, wszystko oczywiście tuż przy brzegach pięknego i cichego jeziora. No, po prostu leśne "lodzio miodzio pełnom gembom" ;-)![]()
Na jednej z polanek, przy jednej z zatoczek, zrobiliśmy sobie dłuższy postój z ogniskiem oczywiście, które Natalia rozpaliła w 3 minuty (to zapewne dzięki przeszkoleniu na wakacyjnym spływie kajakowym, no i może troszkę dzięki pomocy Filipa ;-)
A skoro z ogniskiem, to i z dyskusją na już-nie-pamiętam-jaki-temat oraz oczywiście z kiełbaskami, a nawet z pieczonymi jabłkami. Mniamuśnie...
A po obiadku Marek, który całą drogę dźwigał na plecach jakiś tajemniczy pakunek, wszystkich nas zaskoczył. Przybierając poważną minę, otworzył pakunek, wyciągnął z niego owo tajemnicze "coś" i oznajmił zdumionej braci studenckiej: "To jest kałasznikow!". Noooo! Dwa razy nam nie trzeba było powtarzać :-) Szybki instruktarz z obsługi broni palnej, krótki kurs celowania "nie-w-człowieka" i do boju!![]()
Puszka po Tyskim dostała niezłe baty. Aż żal było zbierać jej resztki. Niektórzy przybrali bardzo groźne bojowe miny, inni spokojnie mogliby wystąpić w reklamie sklepu z bronią, a jeszcze inni pokusili się na ucieczkę z bronią w ręku w głąb chaszczy i przyznacie, że wyglądali nawet dość profesjonalnie. Deszczu zatem nie było, ale wyszły nam z tego "Deszcze niespokojne" - brakowało tylko psa, za to pancernych nie było czterech, tylko 15tu, bo każdy chciał postrzelać. Oczywiście strzelaliśmy plastikowymi kulkami, bo ów "kałasznikow" był repliką prawdziwego, ale zabawa i tak przednia.
Pod wieczór dotarliśmy szczęśliwie do wioseczki Tuczno, a stamtąd, po wypiciu pysznej kawy w przydrożnym barze, autobus czerwony.... eee, nie - w Poznaniu, to akurat zielony, no więc autobus zielony, wywiózł nas z Puszczy Zielonki prosto do miasta.
Komentarze
Przed laty jeden czlek zatrzymywal mnie na stopa-myslalam-a on wlasnie kalacha chcial mi sprzedac posrodku Polski w bialy dzien
w sumie to ten kałach był tylko częścią wycieczki, a że atrakcja spora, to może w artykule trochę wyszedł na pierwszy plan. w każdym razie - spokojnie - instynktów zabójcy w nas nie obudziło