Piława piórem Boba
Piławą pod prąd – czyli Rekolekcje na wodzie 2011 piórem Boba
Tradycji stało się zadość i w tym roku, podobnie jak w wielu już poprzednich, na przełomie lipca i sierpnia ponownie się spotkaliśmy, tak by kolejny odcinek kajakowej telenoweli, z księdzem Tomkiem w roli głównej, stał się faktem.
Miejscem rozpoczęcia Rekolekcji na wodzie, którą w tym roku była Piława, był tradycyjnie lokalny Dworzec Główny, tradycyjnie, czysty, przytulny i zadbany. Mozaika znanych i nieznanych twarzy, głosy pełne optymizmu, sporadycznie przeplatane nutą niepokoju wśród nowicjuszy, wszechobecne śpiwory, karimaty i kajakowe wory ułożone w niezbyt harmonijnej kompozycji to najkrótszy krajobraz otaczającej naszą grupę rzeczywistości. Dwa pociągi do spółki ze szkolnym autobusem przetransportowały nas na miejsce, w którym następnego dnia po raz pierwszy mieliśmy stanąć w blokach startowych. W Sikorach, bo o nich mowa, rozbicie obozu bardzo przyspieszyły zbliżające się od północy ciemne chmury, zwiastujące niepożądany podczas rozstawiania namiotów deszcz. Alarm był jednak fałszywy, przynajmniej na jakiś czas. Z godnych odnotowania wydarzeń tamtego wieczoru bez wątpienia całą konkurencję bije wyczyn Marty, która podrażniona pełnym niedowierzania docinkom Admirała, samodzielnie przeniosła kajak, przy użyciu dotąd nieznanego chwytu, na olimpijskim dystansie 30 metrów. Niedługo potem zaczął padać deszcz, skracając nam nieco, jak zawsze fascynujący, wieczorek zapoznawczy.
Chłodna mżawka przywitała nas następnego dnia, skutecznie gasząc wszelki optymizm w nowo zaciągniętej załodze. Starsi bowiem stażem kajakarze wiedzieli, iż z nieudowodnionych jeszcze naukowo powodów taka aura dnia pierwszego zwiastuje wspaniałą pogodę podczas wszystkich kolejnych. Wczesnym popołudniem pierwsze w tym roku zwijanie obozu i pakowanie kajaków dokonało się bez większych komplikacji i w końcu mogliśmy po niemal dwunastomiesięcznej przerwie w pełni poczuć smak kajakarskiej wyprawy. Ciężki odcinek 20 kilometrów jezior dał się szczególnie we znaki Marcinowi, który na szerokim na 150 metrów Jeziorze Wielimim, zaprzeczając jakimkolwiek aktualnie znanym prawom logiki, przez przypadek wpłynął w przybrzeżne trzciny.
Borne Sulinowo – to miejscowość, do której tamtego dnia dopłynęliśmy, a która zarazem pozostała miejscem naszego pobytu przez dwa kolejne. Inwazja pszczół, smakowity schaboszczak, wizyta przy prawdopodobnie jedynym na świecie „KFSi”, jajecznica, o której jakości najwymowniej zaświadcza fakt, iż opiekę kulinarną nad nią sprawował sam Admirał, msza święta w scenerii piłkarskiego boiska, oraz emocjonujący do ostatniej piłki mecz siatkówki na najbardziej prowizorycznym boisku w regionie, to kaligraficzny skrót spędzonego tam czasu.
Kolejny odcinek i kolejne emocje. Najpierw kilka załóg prawie zaliczyło bardzo mokrą w skutkach wywrotkę na wzburzonym i wietrznym jeziorze, na którym wiatr i kierunek fal był bardziej zmienny, niż skład personalny naszej spływowej ekipy przez pierwsze dwa dni wyprawy. Ostatecznie jednak wszyscy przepłynęli złowrogi odcinek przynajmniej względnie susi i względnie bez większych strat. Kiedy dopłynęliśmy już w końcu do rzeki, po której na początku trudno było zorientować się, że nie jest już jeziorem, postanowiłem, patrząc na poziom trudności/łatwości Piławy, przepłynąć ją na stojąco ze specjalną dedykacją dla osób, które mimo wszystko, na przekór twierdziły, iż jest to rzeka trudna. Mój ambitny plan legł jednak po kilkunastu minutach w gruzach, gdyż niejaki Lopez, będący w kajakowej komitywie z pewną Emilią, postanowili we mnie wpłynąć, więc, aby ratować moje suche jeszcze cztery litery byłem zmuszony do powrotu do pozycji wyjściowej. Tamtego dnia zatrzymaliśmy się w niewielkich Nadarzycach, ponownie na dwie doby. Tam też stała się rzecz zgoła niecodzienna i na swój sposób tragiczna. Po raz pierwszy w historii naszej kajakowej telenoweli miała miejsce śmierć na planie. Fabularna oczywiście, bo trudno inaczej nazwać opuszczenie naszej spływowej rodziny przez Martę, która odeszła w zaświaty cywilizacji. Szczegółowe dochodzenie, które nadzorował sam Ksiądz, wykazało, iż przyczyną jej przedwczesnego odejścia było nocne wychłodzenie i niedobór snu. W ramach próby podniesienia morali załogi po tym traumatycznym wydarzeniu, Marek postanowił zorganizować grę terenową na oddalonej o kilkaset metrów wyspie, słynącej z obecności na niej niemieckiego bunkra, w dodatku całkiem dużego i zachowanego niemal w nienagannym, jak na swój rocznik, stanie. Po podzieleniu nas na dwa zespoły, każdej drużynie wyznaczył po trzy zadania, do których instrukcje pochował we wspomnianym bunkrze, oraz pobliskich zaroślach. Misje nam przydzielone były jak trudne tak ciekawe. Rywalizacja toczyła się więc zacięta i trwała ponad godzinę. Ostatecznie zakończyła się skromnym zwycięstwem zespołu pod dowództwem generała Van Roya. Wieczorem, zaraz po mszy świętej, Ksiądz rozbił przy naszym obozie Namiot Spotkania, swoją tradycją wywodzący się od Mojżesza i jego spotkań z Bogiem. Tego również dnia, pod osłoną nocy przybył do nas człowiek, którego najtrafniej zdefiniował Michał mówiąc, iż „język polski jest zbyt ubogi by opisać tego gościa”. Nie podejmę więc tej z góry skazanej na porażkę próby, tylko napiszę po prostu, iż był nim Maciej Błyszczak. Na dodatek przybył razem ze swoim tatą i sympatią Hanką, oraz, co równie istotne, z dwoma siatkami pysznych zielonych jabłek, co dziś bardzo rzadkie - znanego pochodzenia, bo prosto ze swojego przydomowego ogrodu. Cała trójka umiliła nam wieczór nie tylko swoją obecnością, ale i gitarowo-skrzypcowymi popisami.
Po dwóch dniach obraliśmy kurs na Szwecję, będącą jednak nieodległą polską miejscowością, a nie nadbałtyckim krajem. Rzeka zrobiła się na tym dystansie nieco trudniejsza i niektórzy wyraźnie nieprzygotowani na tego typu okoliczność trochę częściej przy tej okazji robili przybrzeżne postoje, zazwyczaj w sposób niezamierzony. Koniec końców załogi w komplecie dobiły w późnych godzinach popołudniowych do docelowego szwedzkiego portu z co najwyżej lekko poobijanymi dziobami. W samej już Szwecji na wąskiej na 20 centymetrów belce zawieszonej nad samą rzeką odbyły się zawody w kijo-bijo-boksie. Mistrzem w tej nowej ekwilibrystycznej dyscyplinie został Lopez, który rangę tego zwycięstwa wymownie skwitował słynnym już cytatem „i tak najważniejsze, że mam poduszkę”.
Następnego poranka w demokratycznym głosowaniu, które udało się rozstrzygnąć dopiero za trzecim podejściem, zadecydowaliśmy, iż z powodu mało optymistycznych meteorologicznych prognoz, wieszczących załamanie pogody od dnia kolejnego, ze Szwecji wypłyniemy jeszcze dziś, a nie jak pierwotnie planowaliśmy nazajutrz. I całe szczęście. Oczywiście nie z powodu potencjalnych zmian pogodowych, które się nie dokonały, lecz przez wydarzenie, które miało miejsce tamtego dnia, będące bez cienia wątpliwości największą atrakcją tegorocznej wyprawy. Tonując emocje zacznijmy od niewinnego początku. Na dystansie ze Szwecji do Zabrodzia napotkaliśmy na rzece, ciągnący się kilka metrów spad z wieloma podwodnymi kamieniami nieśmiało wystającymi ponad taflę wartkiej i wzburzonej na tym odcinku rzeki. Kiedy tylko go przepłynąłem (co było zaiste fantastycznym przeżyciem), natychmiast postanowiłem powtórzyć ten wyczyn. Problemem było jedynie to, iż aby tego dokonać trzeba było najpierw przepłynąć z powrotem pod prąd ten, nazwijmy to górnolotnie „wodospad”. Tym większą wydało mi się to jednak frajdą i natychmiast zacząłem zawracać kajak obierając kurs na wspomniany spad. Wtem zjawił się na nim Starszy Kapitan Kuba wraz ze swoim Młodszym Bosmanem Marcinem. Spłynęli z niego z podobną radością, no przynajmniej w wypadku tego pierwszego. Kuba, jak prawdziwy kajakarz, czyli gość, który na kajaku nie zawsze postępuje w sposób racjonalnej większości zrozumiały, widząc, że postanowiłem przeżyć to doznanie raz jeszcze, natychmiast powziął tą samą decyzję, oznajmiając ją swojemu bosmanowi, którego entuzjazm na tą nowinę był co najwyżej umiarkowany, a zarazem wprost proporcjonalny do aprobaty wobec nowych rozkazów. Bez zbędnych już opisów przyrody i pobocznych wątków finał całej historii wyglądał tak, iż po wpłynięciu w „wodospad” utknąłem dosyć trwale na którymś z podwodnych kamieni, Kubę z Marcinem prąd tak obrócił, że stanęli zupełnie poziomo do jego kierunku, po czym najprawdopodobniej niechcący, z konkretnym impetem wpłynęli dziobem prosto w mój bok. Koniec bez happy endu już chyba wszyscy przeczuwają: szybki nurt uczynił swoją powinność i kajak wspomnianych pechowców w przeciągu ułamka sekundy obrócił się w płaszczyźnie strzałkowej o 180 stopni. Kuba tym samym zaliczył pierwszą w życiu wpadkę, a sądząc po wyrazie jego twarzy nawet nie przeszkadzało mu to, że zrobił to z Marcinem. Ten natomiast dopiero w obliczu zagrożenia pokazał swoje męstwo i rzadką odwagę. Podczas gdy jego kapitan gdzieś sobie odpłynął pozdrawiając z wielkim uśmiechem na twarzy wszystkich obecnych w okolicy, on postanowił przejąć obowiązki dowódcy i ratować tonący kajak. Pomimo wielu przeciwności losu nie opuścił okrętu, trzymał się go kurczowo wiedząc, że w zaistniałych okolicznościach utrata z nim kontaktu może skutkować jego zgubą. Płynął więc Marcin dzielnie na tym kajaku, ciągle odwróconym do góry dnem, długie metry, aż nie znalazł odpowiedniego miejsca do cumowania. Potem udzielił krótkiej i rzeczowej reprymendy nierozsądnemu kapitanowi, który zachował się w tej sytuacji niczym jakiś „cieć”. Następnie przedstawił w sposób zwięzły i konkretny swój dalszy plan działania, oraz oczekiwania wobec innych członków załogi mówiąc, iż on zajmie się odlaniem jakiś płynów zalegających w nadmiarze w jego areale, a do czasu gdy to uczyni, to cała reszta ma być już sucha. Na końcu natomiast, jak prawdziwy mężczyzna, dla którego honor jest sprawą nadrzędną, sam zaproponował, iż w ramach pokuty za kompromitującą wywrotkę, zamiast pięciu proponowanych przez Lopeza pompek zrobi aż piętnaście. Ehh i tylko pozostaje zanucić: „Gdzie się podziali tamci mężczyźni?”
Po dniu pełnym przeżyć, emocji, śmiechu i wiosłowania dopłynęliśmy do Zabrodzia, choć niektórzy zrobili to w bardzo wilgotnych okolicznościach. Pierwotnie mieliśmy tam zostać dwa dni, lecz po krótkich oględzinach okolicy i szybkiej ocenie panujących tam warunków socjalno-sanitarnych postanowiliśmy wydłużyć nasz pobyt o jeszcze jedną dobę. Działo się tam mnóstwo i choć o niektórych wydarzeniach muszę wspomnieć jedynie z dziennikarskiego obowiązku, a nie potrzeby serca, to miejsce to zostanie, w mojej przynajmniej pamięci, jeszcze na długie lata. Wieczorem, zaraz po symbolicznym łyku, nazwijmy to „cytryny” w ramach uczczenia, dosłownie od lat wyczekiwanego, mojego dostania się na medycynę, które właśnie tam stało się faktem, po raz pierwszy stoczyliśmy zaciętą egzystencjonalną rozmowę z cyklu tych przy żarze ogniska i świetle gwiazd. Tym razem tematyka oscylowała wokół zgorszenia i aspektów z nim związanych. Pomimo, że szanse nie były do końca wyrównane, bo stosunek ilościowy członków obydwu opozycyjnych ideologicznie grup nie kształtował się już nawet w przysłowiowych proporcjach dwóch do jednego, lecz dwóch na dwudziestu, to dysputa była całkiem wyrównana, a co najważniejsze ciekawa i zakończona nowymi wnioskami, zazwyczaj towarzyszącymi tego typu debatom, w których występuje różnica poglądów. Kolejnego dnia, liczna grupa ochotników wybrała się na jednodniowy spływ pobliską Różycą, która wedle pierwszych prognoz miała być bardzo trudna, potem jednak nowsze dane statystyczne sugerowały, iż jest banalnie łatwa, a prawda leżała jak zwykle pośrodku bo okazała się zdradliwie prosta. Dlaczego? No więc właśnie... Kiedy już wszyscy chętni dojechali na miejsce startu wraz ze swoimi kajakami, specjalnie wynajętym na tą okazję busem, zapakowali na pokład znacznie uboższy niż na co dzień bagaż, zaczęliśmy powoli wodować na rzekę załogę po załodze. Przyszła i pora na naszą. Marta i ja, zanim jeszcze zdążyliśmy usiąść wygodnie w kajaku i machnąć choć raz składnie wiosłem, z powodów nieznanych nikomu, nagle poczuliśmy gwałtowny napływ chłodnawej wody od lewej burty. No i by było na tyle. Nasza dziewicza wpadka, w wypadku Marty już za pierwszym, a w moim dopiero za czwartym spływowym podejściem stała się w ten sposób faktem. Całe zdarzenie przysporzyło wszystkim tam obecnym sporo radości, włącznie z nami samymi. Na nowej rzece napotkaliśmy kilka syrenek, oraz uciążliwych przenosek, a także tradycyjnie piękne krajobrazy będące kompozycją lazurowej wody i leśnej zieleni. Różycę zakończyliśmy podobnie jak rozpoczęliśmy, czyli kajakową wywrotką. Tym razem jednak nie bezintencjonalną, gdyż Emilia z Lopezem, z chęci zostania gwiazdami spływowej telewizji, w sposób umyślny zaliczyli wpadkę na oczach kamery, ku ich rozpaczy jak się potem okazało niestety wyłączonej.
Nazajutrz pozostając ponownie na tym samym polu namiotowym pobiliśmy spływowy rekord bez zmiany geograficznej lokalizacji, dotąd ustanowiony na poziomie dwóch dni, a poprawiony w ten sposób o dodatkowy jeden. Ale to nie koniec tegorocznego ustanawiania rekordów, bo kolejnego dnia pobiliśmy dwa kolejne, dla odmiany w nieco bardziej chwalebnych kategoriach. Całe zdarzenie wyglądało dokładnie tak: Admirał zarządził godzinę odpłynięcia, dotąd zawsze ruchomą w kierunku zachodu słońca, na 11:30. Cała dwudziestoczteroosobowa załoga nie dość, że jej dotrzymała, to jeszcze zwodowała pierwszy kajak rekordowe 16 minut przed wyznaczoną godziną. Tak więc wszystkie ekipy wypłynęły o pierwotnie ustalonym czasie po raz pierwszy w wieloletniej historii i bez cienia ironii, oraz pesymizmu mogę się podzielić moim przypuszczeniem graniczącym z pewnością, że także po raz ostatni. Kończący nasz spływ odcinek oprócz punktualnego startu zasłynął również z tego, iż ostatnią na nim, kilkukilometrową prostą, musieliśmy pokonać pod prąd, co u niektórych wywoływało pewne obawy zakrawające na palpitacje serca ze względu na traumatyczne wspomnienia związane z płynięciem w tą stronę rzeki w dniach poprzednich. Koniec końców w deszczowej aurze dotarliśmy do Krępska, gdzie też, co też ciekawe, dzień wcześniej zakończyliśmy Różycę. Niezwłocznie po dobiciu, już do ostatniego na tym spływie brzegu, przystąpiliśmy do ochrzczenia pierwszoroczniaków. Nie daliśmy jednak upustu naszej bujnej wyobraźni i ograniczyliśmy się do standardowych i jedynie mało niebezpiecznych obrzędów: smarowania sadzą, parzenia pokrzywami i biciem wiosłem po tym, co zawsze, przy tego typu okazjach. Jeszcze tego samego popołudnia, dzień przed wszystkimi, Emilia, Piotrek, Lopez i moja najskromniejsza w tym gronie osoba z najróżniejszych przyczyn osobistych opuściliśmy spływową ekipę i wróciliśmy do swoich domów, toteż ostatniego dnia nic ciekawego już się nie wydarzyło.
Wspólnym mianownikiem wszystkich naszych spływów, będących zarazem rekolekcjami jest to, że zawsze każdy z nas wraca z nich choć trochę lepszym człowiekiem. Bardziej otwartym, uśmiechniętym i świadomym pewnych wartości, a także pozorności wielu z nich. Odcięcie się od cywilizacji i wszystkich oferowanych przez nią dóbr na kilkanaście dni obnaża jej całą pospolitość, trywialność i zbyteczność. Uświadamia jak ludzkość, a za nią każdy z nas, popadliśmy w labirynt nieustannego stwarzania potrzeb, których nam w większości nie potrzeba. Warto choć raz na jakiś czas spojrzeć na współczesny świat z większej perspektywy, większego dystansu - lotu ptaka, by nie stracić poczucia wartości. Prawdziwych wartości, których współczesny świat proponuje tak mało i zazwyczaj pod bardzo tandetną i odpychającą etykietą.
I na koniec jeszcze krótka osobista refleksja. W dzisiejszych czasach takie pojęcia jak Bóg, modlitwa czy wiara dla większości ludzi mają patetyczne, a wręcz momentami cmentarne konotacje. Dopiero na takich wyjazdach zaczynają być odmieniane przez radosne przypadki. Chciałbym ten radosny ton nadawany tym pojęciom podtrzymać i zachować w codziennym życiu, może spróbować zarazić nim innych. Tak, by podczas słuchania, w trakcie niedzielnej mszy, sposobu wykonania psalmu „cieszmy się i weselmy” pierwszym skojarzeniem nie było "Requiem" Mozarta, czy powoli odchodzący już na szczęście w niepamięć, dawny przebój Grzegorza Turnau „Cichosza”. To już by było w tym roku na tyle. Mam nadzieję, że to nie ostatnia odsłona naszej kajakowej telenoweli, że w letniej scenerii kolejnego sierpnia odbędzie się jej kolejny odcinek, oczywiście w podobnej obsadzie.
Kapitanowie i Bosmani do zobaczenia więc w następnym odcinku.
Z kajakarskim pozdrowieniem
Bob, czyli
Wojciech Bobkowski
Komentarze
A i jeszcze popraweczka - nie Różyca, a Rurzyca... ale to taki drobny szczegół