Czy można jednocześnie być na morzu i w górach? Czy można wędrować 24h na dobę i nawet nie włączyć latarki? Czy można wspiąć się na "lajtowe" 1200m, a mimo to zrobić trasę typu "tatrzańskie Rysy"? Można! A wszystko to jest możliwe tylko w jednym miejscu: za kołem podbiegunowym, wśród norweskich fiordów.

Dziennik pokładowy, 20. Czerwca, AD 2010, 5.00 rano.

"Proszę wstać - tu nie wolno spać!" - budzi mnie uprzejmy głos norweskiej straży granicznej, zmuszając tym samym do zwinięcia śpiworka z podłogi lotniskowej. "A dlaczego tu nie wolno?" - pytam zaspany. "Bo tu dużo ludzi chodzi!". Zerkam na przechodzących czworo pasażerów i totalnie pusty hol i przecierając zaspane oczy myślę sobie: No tak, dla Norwegów to pewnie cały "tłum"

20. czerwca, wczesne popołudnie.

Zaokrętowanie. Nasza łajba czeka na nas w Bodo. Kapitan i zapasy żywności już na pokładzie. Jeszcze tylko drobne zakupy w celu uprzyjemnienia wieczorku zapoznawczego ;-) i możemy ruszać.
Kapitan podzielił nas na 3 osobowe wachty, potem poinstruował co do sytuacji awaryjnych: "W razie sytuacji awaryjnych typu wypadnięcie za burtę - radzę: nie wypadać za burtę!". Wszystko to pięknie pokazał Bartek, naśladując stewardessę i jej gestykulację. "Gdyby jednak, mimo moich ostrzeżeń, ktoś miał zamiar wypaść za burtę, proszę pamiętać, że macie 10 minut na przetrwanie w tej lodowatej wodzie" - dodał groźnie kapitan, czym nas wszystkich skutecznie zachęcił do zapinania szelek asekuracyjnych w czasie wachty.

Dziennik pokładowy, 21. czerwca, 4.00 rano.

Pobudka. Brutalna zresztą. No bo jak inaczej nazwać pobudkę o tej porze? Wypływamy!

Godzinę później:
Pełne morze. 7 w skali Beauforta. Sześciometrowe fale. No dobra - pięciometrowe. Połowa załogi ma chorobę morską. Imbir i Aviomarin nie mają szans. Jedynie kapitan ze spokojem wciąga zupkę chińską. W przerwach pomiędzy wychyleniem za burtę i pozdrowieniem Neptuna resztkami wczorajszej kolacji, śpiewamy szanty, dla dodania otuchy.

Dziennik pokładowy, 22. czerwca, Svolvaer (miało być Aa - "najkrótsze" miasto świata, tzn. o najkrótszej nazwie) - aaale się nie udało, bo wiatr był przeciwny i żagle się nieco naderwały.

Naprawiliśmy żagle, zjedliśmy wreszcie "coś", zadziwiliśmy się mariną, a raczej podejściem Norwegów do kwestii własności: "Drogi żeglarzu! Pobyt w tej marinie kosztuje 70 koron od żaglówki. Prosimy włożyć powyższą kwotę w kopertę i schować w skrzyneczce, którą znajdziecie na pomoście. Miłego pobytu!". Skrzyneczka ta okazała się być zwykłą skrzynką na gniazdka elektryczne, a w środku spokojnie sobie leżały jeszcze dwie inne koperty z kasą. Zadziwiające, co nie?!
Około północy spróbowaliśmy zaatakować pobliski szczyt Floya, która ma zaledwie 590m, za to stopień trudności naszej Orlej Perci. Niestety chmury i deszcz zmusiły nas do odwrotu.

Dziennik pokładowy, 23. czerwca, Trollfjord

Wiatry bywają kapryśne. Po przeżyciach z dnia pierwszego, tym razem czekała nas totalna flauta, czyli brak wiatru. Na szczęście nasza łajba ma mały silniczek i spokojnie po-pyrkaliśmy do Trollfjordu - najsłynniejszego fiordu na Lofotach. Tam ponoć do tej pory żyją jeszcze legendarne norweskie trolle, ale chyba pochowały się w górach i między wodospadami. Skoro trolli nie było szybko wróciliśmy na pokład i śmignęliśmy do... Szwecji. No w zasadzie, to do Hellemofjordu, który kończył się 9km od granicy z tym państwem. Dalej powędrowaliśmy pieszo, choć był to raczej spacer w stylu: "Po co leźć tak wysoko? Co ty widzisz w tych górach? Ja nie idę dalej...." Itp. Itd. W trakcie spaceru odkryłem, że nie cała załoga uważa wędrówkę po górach za najbardziej fantastyczną rzecz, jaką można robić. Na szczęście trekking był osobiście zarządzony przez kapitana, więc nie było odważnego, który by śmiał skrytykować tą opcję.

 

Niestety do granicy ze Szwecją nie dotarliśmy (i zemsta za Potop też nie wyszła), bo jeziorka polodowcowe odcięły nam dostęp na ostatnich dwóch kilometrach (poziom roztapianej wody był jeszcze zbyt wysoki i kamienny mostek był zalany).

Wróciliśmy więc na łajbę koło północy, podziwiając piękne słońce oświetlające wodospady i kaniony. O pierwszej w "nocy" (choć było widno, jak w dzień, bo to był w końcu "dzień polarny"): "Żagle na maszt! I na Narvik!!" -  usłyszeliśmy rozkazy i wachta ruszyła do dzieła, a reszta poszła spać.

 

Dziennik pokładowy, 24. czerwca

Widoki, widoki, zapierające dech w piersiach widoki, potem jeszcze trochę widoków, a na deser widoki. Jednym słowem - czad!

Dziennik pokładowy, 25. czerwca. Zdobywcy Narviku powracają!

Znów na silniczku, niestety. Choć ma to swoje dobre strony - działa ogrzewanie i woda jest ciepła, dzięki czemu odważni mogli wziąć prysznic w kibelku (taka specyficzna jachtowa atrakcja).
Narvik jest sporo za kołem podbiegunowym, więc w środku nocy wyglądał oczywiście jak w dzień. Poszliśmy pod pomnik polskich marynarzy z niszczyciela "Grom", którzy tam dzielnie walczyli i zatonęli. Potem krótki spacer po mieście i mój protest pod koniec: "Jak można iść spać, skoro taaaaka pięeeekna góra jest w pobliżu?!". Cóż, tą opinię podzielił z Kapelanem (bo taką ksywę dostałem) tylko... hmmm nikt więcej jej ze mną nie podzielił :-) Więc ruszyłem sam. W górę! Z miejscowych nikt nie wiedział "jak daleko?", ani "jak długo?", ani "czy trudno?", bo przecież jest kolejka linowa to, "po co tam włazić?". Czytający ten tekst górscy szaleńcy rozumieją zapewne moje poirytowanie, a ci, którzy nie rozumieją, niech dalej korzystają z kolejek linowych ;-)
W każdym razie nie dałem się zniechęcić i ruszyłem o drugiej w "nocy". Widno było, bo to za kołem polarnym, i muszę przyznać, że jest to niesamowite wrażenie. Droga do górnej stacji kolejki zajęła szybkim tempem ok. godziny, potem jeszcze pół godziny na szczyt, który z dołu widziany wydawał się być najwyższym w okolicy, ale za nim.... za nim smakowicie kuszą kolejne dwa szczyty, przepaścista grań, skrzące w północnym słońcu nawisy śnieżne, wiatr z nad fiordu... no czy mogłem odpuścić sobie taką przyjemność?!

Tak więc Mt Fagernes (1200m) zdobyty w ciągu kolejnych dwóch godzin. Wysokość niewielka, przyznacie, ale w końcu idzie się od poziomu 0 metrów, bo od samego morza.

Dziennik pokładowy, 26. czerwca, 5 rano.

Msza Święta z widokiem na Narvik ze zbocza przepięknej góry. W takich chwilach zawsze czuję jakieś wyjątkowe uniesienie i Obecność. Chociaż odprawiałem sam, to jednak miałem jakieś przedziwne przeczucie, że całe niebo jest obecne. I kiedy uniosłem kielich i Hostię i wyśpiewałem na cały głos "Przez Chrystusa, z Chrystusem.... Tobie Boże wszelka cześć i chwała!" na niebie pojawiła się tęcza!
Myślę sobie: "Panie Boże! Ty to masz fantazję!". W końcu tęcza to znak przymierza, znak Obecności. A gdy dokładnie w momencie, gdy przyjąłem Komunię, tęcza zniknęła... nie miałem już nic do dodania.... Po prostu Pan Bóg naprawdę ma fantazję i sposoby, żeby nam przypomnieć, że jest blisko.
Uskrzydlony zszedłem w sam raz na śniadanko. Załoga wyspana ruszyła na pokład, a ja pod pokład, w moją klaustrofobiczną koję. Obudziły mnie dopiero okrzyki stanowczego "niezadowolenia". Okazało się, że wracamy do Narviku, bo wiatr porwał nam żagle. Kapitan wkuty, załoga z minami grobowymi. Ale damy radę! Przecież są zapasowe żagle! Godzinny "pit-stop" i wypływamy z Narviku po raz kolejny. Niestety zapasowe żagle też porwał nam wiatr i musieliśmy ewakuować się do najbliższego portu, bo się groźnie zrobiło.

Dziennik pokładowy, 27. czerwca, północ, Najbliższy Port

Choć zabrzmi to dziwnie - i tak właśnie zabrzmiało, gdy ktoś z nas głośno to wtedy powiedział - dobrze się stało z tymi żaglami! W "najbliższym porcie" była akurat niezła impreza, a miejscowi, którzy najpierw okazali nam maksymalną życzliwość i pomoc przy tych naszych żaglach, od razu zaciągnęli nas na szklaneczkę whisky, parę browarków i jak to sami określili (i to po Polsku!) na "Stodoła Party". Tym sposobem przełamali u nas stereotyp o rzekomo "zimnych Norwegach".

Dziennik pokładowy, 28. czerwca, Powrót do domciu.

Na pożegnanie morze znów nam trochę bujania zafundowało. Ale co tam! Daliśmy radę! Mistrzowskim parkowaniem w płytkiej i ciasnej marinie kapitan dał popis swoich umiejętności, a potem jeszcze trzeba było tylko ustawić alarm w echosondzie, bo jak wiadomo, księżyc trochę ocean przyciąga, i się z tego przypływy i odpływy robią, więc musieliśmy czuwać, żeby czasem naszej łajbie w odpływie nie zabrakło wody pod kilem. A odpływik taki to nawet 2-3 metry potrafi w dół i w górę poszaleć.
Alarm nas w nocy jednak nie niepokoił, co było kolejnym dowodem na profesjonalizm kapitana, a następnego dnia, po odprawieniu dziękczynnej Mszy nad skalistym brzegiem, wsiedliśmy do busa i z szantą na ustach "Wreszcie koniec włóczęgi, na pewno to wiem" ruszyliśmy w drogę do Ojczyzny.

2 dni później.

Ojczyzna. Pierwszy raz w życiu tęsknię za prażącą plażą (na morzu było tak zimno, że miałem na sobie więcej ciepłych ciuchów niż na szczycie Mont Blanca). Po raz kolejny doceniam istnienie szczoteczki do zębów i ciepłego prysznica, a przez najbliższe 4 dni będzie mi znów smakowało klasztorne żarcie! :-)


P.S.

Tu jeszcze małe fotograficzne ciekawostki: złudzenie optyczne w krystalicznie czystych górskich jeziorkach, tradycyjne norweskie dachy z trawą, widok na niebo o DRUGIEJ W NOCY (!) oraz miejscowy smakołyk - suszony dorsz. Norwegowie suszą tą rybkę na specjalnych olbrzymich stelarzach nad brzegami firodów. Po pół roku nadaje się do spożycia. Trzeba ją wtedy potraktować młotkiem (dosłownie!) i żuć po kawałku, jak gumę do żucia o smaku rybnym. Na początku dziwne w smaku, ale jak się człowiek wciągnie, to jak chipsy... jesz, aż się skończą ;-) No i przede wszystkim żując tę twardą jak gnat rybę, masz świadomość, że Wikingowie dopłynęli na "tym" do Ameryki :D

 

Komentarze 

 
#6 2010-07-24 10:26
Cytuję ewa:
:roll: Tomku czyta się doskonale, a fotografie fantastyczne!!! Pozdrawiam serdecznie :))



Dołączam się do pozdrowień wspaniała relacja Bogdan
Cytować
 
 
#5 2010-07-24 10:06
hmmm, to zem się rozmarzyła... pozazdrościć przezyc- zwłaszcza Mszy z "Tęczą" :)
Cytować
 
 
#4 2010-07-23 12:31
Tomku czyta się doskonale, a fotografie fantastyczne!!! Pozdrawiam serdecznie :))
Cytować
 
 
#3 2010-07-20 12:19
I na pewno nie ostatni Następnym razem obędzie się już z pewnością bez "pozdrawiania"
Cytować
 
 
#2 2010-07-20 09:09
tak. Kapelan też "pozdrawiał Neptuna"
w końcu to jego pierwszy rejs w życiu!
Cytować
 
 
#1 2010-07-19 23:52
Fajna relacja. Miło się czyta. Piękne zdjęcia. Te ośnieżone szczyty... ehhh.
Może niedługo powstanie jakiś przewodnik z tych wszystkich wypraw.
Hmm... ciekawi mnie jedno. Czy ksiądz należał do tej połowy załogi ,którą dopadła choroba morska?
Cytować
 

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież

Facebook: podziel się
Odsłon : 144488
Naszą witrynę przegląda teraz 3 gości 
Pomoce:
Kontakt