Grossglockner - wyprawa
Plan był prosty: samochód, sprzęt, trzech śmiałków, pole namiotowe w Kals am Grossglockner (czyli w Kals pod Grossglocknerem) i do boju!
Niestety jednego ustawić się nie da: pogoda (choć muszę przyznać, że usilnie z Babcią Irenką – moją prywatną świętą od pogody się staraliśmy, tzn. ona się starała, a ja ją o to prosiłem).
Pogoda była „w kratkę” przez co mogliśmy jedynie w ramach aklimatyzacji trochę „pospacerować” na wys. 2800m i to w czasie tych właśnie „spacerków” zdobyliśmy jedyne szczyty na tej wyprawie: Blauspitz (2575m) i Weisser Knopf (2577m). Niby to wyżej niż nasze Rysy, ale na aklimatyzację trochę za mało.
Potem była reakcja łańcuchowa szeregu zdarzeń. Babcia Irenka w końcu załatwiła pogodę. Tzw. „okno” miało nadejść w weekend i tylko na sobotę i niedzielę, potem znów miały przyjść burze. Decyzja szybka i jedyna w tych okolicznościach – atakujemy! I tak po 3 dniach „spacerków”, bez aklimatyzacji, bez choćby krótkiego kursu obsługi sprzętu dla Marcina i Piotrka, trochę „na wariata”, ruszyliśmy z wielkimi plecakami zdobywać Grossglockner – najwyższy szczyt Austrii (3798m).
Po dotarciu do schroniska Erzherzog-Johann na 3400m Marcin zaczął objawiać „wysokościówkę” – pierwsze jej objawy są bardzo podobne do wycieńczenia: dreszcze, zimno, brak apetytu, zawroty głowy. Wdusiliśmy w niego chińszczyznę i kubek herbaty i poszedł spać. Piotrek i ja postanowiliśmy natomiast nawodnić się nieco i nacieszyć klimatem schroniskowym przy dobrej, chłodnej, austriackiej „zupie chmielowej” ;-)
Wczesnym rankiem, czyli o 5.00 na-pół-przytomny Marcin oznajmił, że „nie idzie”. Brak aklimatyzacji zrobił swoje. Niestety. Nawet nie był w stanie wyjść na zewnątrz schroniska, żeby zobaczyć przecudowny wschód słońca (na załączonym obrazku). Zjedliśmy więc z Piotrem coś na szybko, zapakowaliśmy szpej, czyli całe wspinaczkowe żelastwo i ruszyliśmy we dwóch. Morale naszej drużyny nie były zbyt wysokie, ale widoki i super pogoda szybko je podniosły. Do czasu.
Do czasu, gdy doszliśmy do ostatniej stromizny, 100 metrów od szczytu. Stromizna o tyle ciekawa, że cała oblodzona, a na dodatek w dole 300 metrowa przepaścista otchłań. Asekuracja na tym odcinku jest dość oryginalna – co 40 metrów jest wbity w skałę metrowy, metalowy słupek. Można wokół niego opleść linę, albo przypiąć taśmę z karabińczykiem, albo Bóg wie, co jeszcze z nim zrobić. W każdym razie ciężko było temu „zaufać”, zwłaszcza, że mój kompan był pierwszy raz na tej wysokości i do tego nieobyty ze sprzętem. Brak przeszkolenia. Mieliśmy w planach, no ale… pogoda.
Odwrót. Wracamy na tarczy. Gross nas pokonał. 100 metrów od wierzchołka. Smutne, ale tak w górach bywa. Szczerze mówiąc pierwszy raz przeżyłem prawdziwy „wycof”. Ciekawe uczucie. Myślałem, że gorzej to przeżyję, a jednak nie jest tak źle ;-) To było moje już drugie podejście na Grossa (pierwsze skończyło się wyprawą na Olimp ----> relacja tutaj). Do trzech razy sztuka. Zaproszenie od Góry. Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze się uda je zrealizować.
Kilka informacji praktycznych:
- Kals am Grossglockner jest maleńką mieściną, ale stanowi świetną bazę wypadową zarówno w trakcie aklimatyzacji, jak i na atak szczytowy (nawet dla tych, którzy nie mają zamiaru zdobywać najwyższego szczytu). Jest tam wiele szlaków czysto turystyczych, a przy tym mało "zaludnionych". Pole namiotowe jest jedno, pięknie położone na polanie za miastem. Koszt (z samochodem i namiotem) ok. 10euro/os.
- atakowaliśmy Grossa drogą zwaną Herrensteig, wprost z naszego pola namiotowego. Nie wiem dlaczego, ale większość relacji w necie opisuje alternatywną drogę Adlerweg przez Luecknerhuete, która jest bardzo podobna trudnościowo i czasowo, ale trzeba do niej dojeżdżać z Kals samochodem.
- lodowiec Koednitzkees jest łatwy technicznie i wielu wspinaczy przemierza go bez asekuracji. My byliśmy związani liną. Jakieś zasady trzeba w życiu mieć ;-)
- sprzęt: raki, czekan, uprząż, lina 8mm (50m), kask, 2 taśmy wspinaczkowe, 4 karabinki – reszta szpeju była raczej „dla zasady”
- nocleg w Erzherzog-Johann Huete (inaczej: Adlersruhe): 18 euro/os. warto wcześniej zarezerwować telefonicznie (my zrobiliśmy to dopiero 2 dni wcześniej, gdy byliśmy pewni prognoz, ale pierwsza połowa lipca to jeszcze w Austrii „poza sezonem”, więc nie było tłumów). Tel. +4348768500
- atak szczytowy rozłożyliśmy na 2 dni: dzień 1 – dotarcie do Adlersruhe i nocleg; dzień 2 – wspin na szczyt i powrót do Kals. Dzięki temu tempo mieliśmy spokojne. Ze schroniska warto wyjść na szczyt jak najwcześniej rano (niektórzy robią to już o 4.00). Dzięki temu idziemy (przynajmniej w jedną stronę) porządnie zmrożonym lodowcem i raki się dobrze trzymają. Wycofując się z pod wierzchołka ok. 9ej brnęliśmy już w roztopionym od porannego słoneczka, kopnym śniegu. Nie jest to ani komfortowe, ani bezpieczne.