Szukaj w Necie?
Sylwester'2008 z DA, czyli "Do tańca i do różańca" Mail do xTomka Dodaj do Ulubionych Ustaw jako Startową
Już wiem! Wiem, kto nam zamawia pogodę na wyjazdy DA!!! Wczoraj byłem z Komunią Świętą u chorych (jak zwykle w pierwszy piątek miesiąca) i babcia Irenka się przyznała! Niezłe chody ma kobitka, wystarczy zerknąć na foty;-)
       
Wysadzeni z siodła

"Siódma rano, to dla mnie noc" - ale nie można przecież marnować TAKIEJ pogody. Zatem prosto z pociągu - lajtowa traska: siodło pod Kondracką Kopą. Z Siodła wyszły nici, bo śniegu mnóstwo i ludziska "przekopali" ścieżkę prosto na Giewont. Chcąc, nie chcąc, w pierwszy dzień pobytu w Zakopanem, zdobyliśmy Giewont, i do tego oglądaliśmy na nim zachód słońca.

       
       
Ze stromizn zeszliśmy jeszcze "za widnego", ale w schronisku byliśmy już po zmroku. Wiem, wiem: to nieodpowiedzialne. Zgadzam się w 100% i gdyby ktoś mi jeszcze tydzień temu powiedział, że idzie zimą na Giewont, na zachód słońca, to bym się w głowę popukał. No, ale, dzięki Bogu, udało się! Wróciliśmy cali i zdrowi.
       
       
Redefiniowanie lajtowości

Następny dzień znów miał być "lajtowy": Dolina Pięciu Stawów. I rzeczywiście większość trasy była lajtowa, ale końcówka... tam właśnie padło słynne stwierdzenie Jasia: "Przy księdzu trzeba zdefiniować na nowo słowo lajtowy". I chyba trochę miał racji. Zdałem sobie z tego sprawę, próbując drogę powrotną pokonać na dupolocie (czyli jabłuszku, jak by kto nie wiedział). Trzy fikołki w powietrzu, trzy uderzenia o śnieg (miękki na szczęście) i 3 milisekundy myśli: "Boże, żebym się wreszcie zatrzymał!" - to chyba jednak nie był "lajcik" ;-)

       
       
Pierwszy krok w chmurach...

Sylwester zbliża się wielkimi krokami. Mamy 30 grudnia. Niektórzy wybierają "lajtową" wersję "extremu", który jeszcze wczoraj był "lajtową" wersją wczorajszego lajciku. Mówiąc krótko: przełęcz Iwaniacka (1460m). Natomiast pozostali wdrapują się, sapiąc i dysząc, na Trzydniowiański Wierch (1765m), gdzie ekipa dzieli się po raz kolejny i najwytrwalsi udają się w kierunku zachmurzonego Kończystego Wierchu (2002m).

       
       
Chmury nas nie przeraziły. I całe szczęście, bo jak je wiaterek poprzeganiał, to widoki były po prostu niebiańskie!
       
       
Po drodze nawet nam aureolki się pojawiły ;-) Słońce na chmurze nam tęcze namalowało - i to każdemu osobną! Zdaje się, że to się nazywa: widmo Brockenu. Nazwa pochodzi od szczytu Brocken w górach Harz.
 
Przed chwilą wyczytałem w Wikipedii, że wśród taterników istnieje przesąd, mówiący że człowiek, który zobaczył widmo Brockenu, umrze w górach. Ujrzenie zjawiska po raz trzeci "odczynia urok". Na szczęście my przesądni nie jesteśmy. Poza tym nie wiedzieliśmy o tym przesądzie i bardzo pozytywnie sobie gaworzyliśmy o świętości, aureolkach i opiece Pana Boga :-)
       
       
A opieka ta była z nami na pewno, zwłaszcza w drodze powrotnej - zlodowaciały śnieg, mgła która przyszła nie wiadomo skąd (już chciałem kompas wyjmować, ale na szczęście sobie poszła) - jednym słowem: prawdziwe extreme :-)
       
The Night

31 grudnia upłynął pod znakiem przygotowań do Imprezy. Ale nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie skoczyli na "coś lajtowego". Zatem, gdy jedni śmigali po zamglonych tego dnia dolinkach, inni śmigali na nartach. Choć słowo "śmigali" można by też zredefiniować w niektórych przypadkach ;-)

       
Wieczorem, po przygotowaniu muzyki, sali balowej (a nawet dwóch), jedzonka oraz przywdzianiu bardziej szałowej odzieży, odprawiliśmy Mszę dziękczynną za cały rok. No, a potem się zaczęło...
       
       
       
Po 22ej połowa ekipy uzbrojona w dupoloty, czołówki i inny górski sprzęt, wybrała się na Gubałówkę - spojrzeć na świat "z góry" (no, może to za duże słowo dla tego wzniesienia ;-)
Droga powrotna upłynęła w-mgnieniu-oka i to dosłownie, a zestaw dupolot+czołówka zrobił takie wrażenie na schodzących tłumach, że ktoś krzyknął: "Ej! To chyba TOPRowcy!".
Tekst ten stał się tekstem nocy. O 6.30 rano został zdetronizowany przez tekst "Wstawaj, szkoda dnia!", którym to Nemo nas pożegnał (na cały regulator) i wyjechał wczesnym pociągiem.
       
"3000 ludzi na 600 miejsc w pociągu"

My wyjechaliśmy dzień później. I choć operacja desantu 40-osobowej grupy na zatłoczonym PKP-ie w Zakopcu napawała nas lękiem, to jednak udało się bez większych zgrzytów (no, może poza tym jednym, że 100 km do Krakowa jechaliśmy 4 i pół godziny).
 

ja tam byłem
po górach chodziłem
na nartach jeździłem
całą noc tańczyłem
i niewiele piłem
i koniec i bomba
kto nie pojechał, ten trąba :P

       
   

by xTomek SAC

       
...a tu kilka fotek więcej...