|
english version |
|
Wyprawa na Gerlach’2004
4.45 - stoję i marznę na brzegu
szosy czekając na przewodnika, który ma po mnie przyjechać.
Równy chłop z niego, bo inaczej musiałbym drałować z buta
dwie godziny w środku nocy, żeby na 5.30 dojść do Sliezkiego
Domu - schroniska, z którego wszyscy wyruszają na Gerlach.
5.30 - nasz "team" już w
komplecie: John z Yorkshire, Paul z Manchesteru, Kevin z
Londynu, Tomasz z Brodnicy (czyli ja) i Vinco z Popradu
– nasz przewodnik. Z filiżanką porannej kawy oglądamy
wspaniały wschód słońca u podnóża Kwetnicowej Doliny.
|
|
6.00 - czas start. Ruszamy.
Przed nami masyw Gerlacha wspaniale oświetlony przez
pomarańczowe promienie słoneczka. Niebo idealnie granatowe,
ale to może być zdradliwe - pogoda w górach zmienia się
szybko. Vinco mówi, że wczoraj na szczycie padał śnieg i
było poniżej 0 stopni! Ale my jesteśmy gotowi na wszystko.
Ze schroniska wyruszają też inne grupy.
|
|
7.00 - zaczynają schody, tzn.
łańcuchy. Vinco daje nam pasy asekuracyjne, łączy nas liną
alpinistyczną i odtąd jesteśmy za siebie wzajemnie
odpowiedzialni.
Pod górkę to się człowiek trochę zsapie. Wszyscy milczeli
więc chciałem pośpiewać, ale moi towarzysze stanowczo
zaprotestowali. "A nucić mogę?" – pomyślałem, ale nie
zapytałem, bo przecież angielska wersja Shreka nie jest
taka, jak nasza.
|
|
Pogoda była
super. Gerlach okazał się łaskawy. Vinco twierdzi, że
przewodnik okazuje się szczególnie potrzebny, gdy pogoda
nagle się zmieni - wtedy Gerlach staje się
niebezpieczny.
"W jakim języku
wy właściwie rozmawiacie" - Kevin nie wytrzymał po pół
godzinie, próbując domyślić się, jak to jest, że ja
jestem Polakiem, Vinco Słowakiem, a rozmawiamy zupełnie
swobodnie. No więc mu wyjaśniłem, że nasze języki są
bardzo podobne, a przy okazji spróbowałem go nauczyć
wymowy "W Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie" -
nie dał się, ale muszę przyznać, że był dzielny!
|
|
|
10.00 - SZCZYT - to było
po prostu cudowne
|
| |
|
|
|
Vinco dał nam tylko 15 min. na nasycenie się radością i
widokami, bo na szczyt wspinały się kolejne grupy i trza
było zrobić dla nich miejsce. |
|
|
|
|
|
14.00 - już na dole. Zmęczeni,
ale dumni z siebie - świętujemy w punkcie wyjścia: Slezky
Dom. Vinco zaznaczył na mojej mapie naszą trasę (dla
ciekawskich zamieszczam skan, ale stanowczo odradzam samotne
wspinanie), wymieniliśmy się mailami, i no cóż - miło było,
ale się skończyło.
Jutro do domu. Pocałunek na skale... "jeszcze tu wrócę" ...
żal było wyjeżdżać... |
| |
|
| |
by Tomasz Kalisz SAC |
|