| Dworzec Główny PKP w
Szczecinie: peron zawalony plecakami, śpiworami, karimatami, namiotami i uczestnikami "Rekolekcji na wodzie",
chili naszego spływu kajakowego :-) Zbiórka o godzinie 9.30,
tylko nasz główny kierownik zamieszania, xTomasz czyli, jak
zwykle spóźniony :P Nadjechał pociąg, jeszcze
tylko ostatnie pożegnania i ruszamy! |
|
| |
|
|
|
| Wszyscy zestresowani, bo w
końcu pierwszy raz na taką wyprawę ruszamy (ah, te
mieszczuchy), ale i szczęśliwi z powodu czekających nas
przygód i 2 tygodni bez rodziców :-) Najbardziej
zaniepokojone dziewczyny, ciągle zastanawiające się "czy aby
wszystko wzięłam?". No, ale co tu się dziwić, mieliśmy
ograniczoną ilość bagaży, więc trzeba to było z głową
zrobić. Niektórzy z nas pakowali się już miesiąc przed
wyjazdem, nie licząc naszej Kamilki, która 3 dni przed
dowiedziała się, że jedzie :P |
| |
|
|
|
| Tak mniej więcej w połowie
trasy Wikary zaczął rozdzielać nas po namiotach. Trudne
zadanie, bo było nas 22 pokemony + Wikary i Ratownik. Po
wielu negocjacjach doszliśmy do porozumienia i składy
namiotów zostały ustalone. Po drodze mieliśmy 2 przesiadki:
w Gdyni i w Kościerzynie. Dzieci jechały nawet piętrowym
pociągiem (wow!). Wysiedliśmy w Lipuszu, gdzie już pierwszą
noc spędziliśmy pod namiotami. I choć przy ich rozkładaniu
nie obyło się bez załamania nerwowego (dziewczynek
zwłaszcza) i chęci natychmiastowego powrotu do domu, to
kiedy już się zaaklimatyzowaliśmy, zrobiło się bardzo miło.
Obiado-kolacja w restauracji, później jeszcze wieczorna
gimnastyka (zabawa w berka i chowanego chili) i można było
iść spać - o godzinie 24 :-)) Oczywiście mieliśmy dzień
dziecka, więc o łazience mowy nie było :P |
| |
|
|
|
| Następnego dnia rano obudził
nas Łysy, udając krowę :/ Szybko każdy zażył porannej
toalety, złożył namiot, spakował rzeczy w plecak, wyjął
worki na śmieci (a raczej na bagaże) i pelerynę
przeciwdeszczową, bo lało jak z cebra. Zjedliśmy śniadanie i
ruszyliśmy nad brzeg rzeki, z którego wyruszaliśmy na naszych
dwuosobowych pojazdach-przyjaciołach. Dzień zleciał
szybko. Nie obyło się bez deszczu, wpadki do wody Gandzi i
Sylwii, gdzie Gandzia, siedząc jako pierwsza w kajaku, nie
zauważyła drzewa (tak bardzo była pochłonięta rozmową z
naszym ratownikiem) i usłyszała jedynie "Gandzia, lewo,
drzewo!!!", ale niestety za późno i obie dziewczynki
zaliczyły pierwszą wywrotkę. Potem jeszcze ataki niebezpiecznych
ptaszysk, czyli łabędzi, wielkie zniechęcenie i hmmm...
"piękne" wyrazy z ust niektórych kajakarzy. Ale
dopłynęliśmy do Wdzydz Kiszewskich, gdzie spaliśmy w domkach
i mieliśmy łazienki i bosko było! Wieczorkiem Msza, kolacja
z obiadem :P i suszenie ubrań przy kominku w Tawernie.
Klimaty... |
| |
|
|
|
Rano: zimno, deszcz i pytania "Wikaryyy,
płyniemy???". Pewnie, gdyby nie dziewczynki (ah, ta nasza
wrodzona skromność), to nici by z tego były, bo chłopcy się
podłamali i nie chciało im się ruszać swoich czterech liter.
Po śniadaniu i Mszy zdecydowaliśmy (metodą demokratyczną
dodajmy), że jednak trzymamy się programu, czyli płyniemy. I
popłynęliśmy! W deszczu, w chłodzie i wietrze. Na szczęście po drodze
rozpogodziło się, a gdy zatrzymaliśmy się na obiadek, to już
później bardzo przyjemnie się płynęło.
Dobiliśmy do pola namiotowego w Miedznie, rozbiliśmy
obozowisko, rozwiesiliśmy sznurki na mokre ubrania,
rozpaliliśmy ognisko, a Pan Ratownik ugotował zupę, którą
nawet zjedliśmy ;P |
| |
|
|
|
"Ty Ty Ry Ry Ty, Ty Ty Ry Ry
Ty, Ty Ty Ry Ry Ty Ty Ty - Pobudka, Pobudka Wstaaać!" -
tak właśnie obudził nas Wikary następnego dnia i wcale nie
było zbyt przyjemnie.
No, ale my przecież debeściaki jesteśmy. Wstaliśmy. Poranna
Msza, Namiot Spotkania (czyli półgodzinne rozmowy z Bogiem,
na podstawie fragmentów Pisma Świętego wytyczonych wcześniej
przez Wikarego) śniadanie, pakowanie się w worki i do
kajaków. Płynęliśmy tylko 13 km, do Czarnej Wody, gdzie
czekały nas dwa dni odpoczynku i prysznice! :-) Co prawda
3zł kosztowała ta przyjemność, no, ale czego się nie robi w
skrajnych warunkach? :-) Zanim jeszcze wyszliśmy z
kajaków i rozbiliśmy obóz, pan Ratownik zagwarantował nam
kąpiel w rzeczce. Nie było to zbyt przyjemne, bo szok
termiczny, jakiego dostało się podczas wpadania do wody był
baaardzo niebezpieczny i owocował niezłą awanturą, jednak
później każdy już korzystał z tej rozrywki :P Kolacja (co
tam się działo! :P no znów dziewczynki :D tym razem troszkę
się obrus pobrudził i gdyby nie pomysłowość MMadzi, to chyba
byłoby kiepsko) zakupy, Msza, ognicho... |
| |
|
|
|
W niedzielę rano pobudki nie
było :-) Wstaliśmy około godzinki 10.00, później śniadanko,
konferencje, namiot spotkania, przyjechali rodzice naszego
Wikarego z obiadkiem (mniam!), potem jeszcze "loty na byle
czym" w naszym wykonaniu, czyli skoki do Wdy, Msza święta,
zaraz po niej czuwanie, pogodny wieczorek i ognisko z
gitarką, którą skombinował nasz Wikary ;) |
| |
|
|
|
W poniedziałek niestety koniec
laby i płynąć trzeba było - na szczęście tylko 13 km, do
Czubka, w którym z chęcią zostawilibyśmy połowę naszych
"czubków", ale niestety, Wikary obiecał rodzicom, że wrócą
cali i zdrowi ;-) W Czubku nasz kochany Majek obchodził 17
urodziny, chyba troszkę boleśnie, ale na pewno będzie o nich
pamiętał ;-) |
|
| |
Wtorek: Czubek-Młynki (20 km).
Rano pobudka :/ (nikt nie usłyszał, no i były przysiady za
karę -
średnia ilość to 60! i nawet do toalety przed nimi nie można
było!!) Później jajecznica (z 60 jajek!) i mleko prosto od krowy, a raczej
od gospodarzy pola namiotowego, bo to oni dostarczyli nam
ten oto pokarm :P A co do Młynków: do sklepu godzina drogi,
a ognisko nie chciało się rozpalić, ale na szczęście
mieliśmy liofilizaty (które nam zasponsorowała firma
Elena
Turist, za co jej baaardzo dziękujemy!) i mogliśmy wziąć prysznic w leśniczówce (hurra!). No
i to nam się najbardziej podobało :-) |
| Środa. Płyniemy do Szlagi. Co
się działo po drodze, to chyba widać na zdjęciach?
Dopłynęliśmy. Niektórzy posprzątali w kajakach (niestety,
Wikary KAZAŁ!). Przypłynęła ekipa z Bydgoszczy. Była Msza.
Było Czuwanie (hmmm... po Mszy xTomek zaniósł Ciało Jezusa
do specjalnego namiotu poza obozowiskiem, gdzie każdy z
uczestników spływu miał wyznaczony czas adorowania i
modlitwy). Było ognisko, rano pobudka z groźbą mycia naczyń,
więc wszyscy szybko wstali :P, Msza, śniadanie i ruszamy do
Błędna. |
|
Do Błędna dopłynęliśmy w
Czwartek. A co się tam działo! Ooo! Wikary zgodził się (W
KOŃCU!) na zmiany w namiotach dziewczynek :P Była fajna
kąpiel w rzece, ognicho, kiśle, które się nie za bardzo
udały :/ gonitwy po lesie, znajomi Wikarego z fajną dzidzią
i ciachami! :D a później dość długie siedzenie przy ognisku.
Rano pobudka, Msza, Namiot Spotkania, śniadanko i ruszamy w
trasę - ostatni dzień na kajaku! Wielka euforia, z powodu
której ktoś o kimś zapomniał (znaczy się może nie tyle
zapomniał, co doszedł do wniosku, że "woźnice" :P tych
kajaków dadzą sobie rade sami, prawda Wikary? :P) co
zaowocowało godzinnym spóźnieniem się kilku kajaków. Po
drodze: zderzenie Magiera i Krzysia z wielką gałęzią i
kąpiel Mrozika, który nieopatrznie powierzył stery Patrycji,
a ona wpłynęła w krzaki, przez co jej pasażer, siedzący z
tyłu kajaku wpadł do wody. Obóz w Tleniu to głównie awantury
:P (no fakt, po dwóch tygodniach w spartańskich warunkach,
wszystkim puszczają nerwy i wystarczy byle pretekst, żeby
rozpętała się wielka wojna), ale też jeziorko i zdawanie na
kartę pływacką, a na końcu kolacja w barze :D Pod wieczór oddaliśmy
kajaki. Było troszkę żal, bo ile my czasu z nimi
spędziliśmy, ile wylanych łez :P Potem ognisko, wieczorne
rozmowy - ogółem, mimo wszystko, fajny dzień :-) |
| |
|
Tleń. Wikary nas obudził (jak
zwykle :/) Wstaliśmy, ubraliśmy się, mieliśmy nawet
łazienkę, bo to cywilizowane pole namiotowe :P Pakowanie
(pierwszy raz nie w worki!), składanie namiotów i ruszamy na
pociąg! Nasz cel: Gdańsk! Pierwszy pociąg był, hmm... co tu
dużo mówić: u nas, w cywilizowanym Szczecinie takie "CUDA"
nie jeżdżą (nawet klimatyzacja była!) Drugi to już zwykła
osobówka, ale dojechaliśmy! Z dworca tramwajem do Pallotynów
na Plebanię. Rozpakowaliśmy się, księża nam łazienki
użyczyli i ruszyliśmy na podbój Gdańska. Akurat rozpoczynał
się tam Jarmark Dominikański, więc każdy znalazł coś dla
siebie i nie można było się nudzić :-) Zwiedziliśmy na
Starym Mieście wszystko co się dało :P i o 22 mieliśmy
ruszać do "domu" i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ten
KWIATEK Kamilki, która, oglądając go z Anetką, zgubiła naszą
grupę i zostały same pod pomnikiem Neptuna. Ale odbyła się
błyskawiczna akcja ratunkowa i dziewczynki znalazły się
razem z nami dzięki MMadzi, Mrozikowi i jakiemuś miłemu
Panu, który użyczył dziewczynkom telefonu :P
W niedzielę rano poszliśmy na Mszę, później popłynęliśmy na
Westerplatte, no, ale nie obyło się bez przygód oczywiście!
A wszystko przez te lody, których zachciało się Sysce,
Rybie, Gandzi, Sylwii i Kropkowi (znaczy się mi :D), przez
co cała grupa musiała na nas czekać i nie zdążyliśmy na
pierwszy statek :/ Zwiedziliśmy Westerplatte, poszliśmy na
obiadek, wróciliśmy promem do Gdańska, zabraliśmy rzeczy i
ruszyliśmy na dworzec... A po 6 godzinach podróży nasz
kochany Szczecin... |
| |
|
|
|
| |
|
|
by Kropek
|
| |
|
|
|
|
--> kilka informacji
praktycznych od xTomka <-- |
|
|