|
|
|
| Z nami
to się lepiej nie umawiać... Miał być Grossglockner. Całą
wiosnę o tym gadaliśmy, a tu w ostatniej chwili (dosłownie
pół godziny przed wyjazdem) zmiana decyzji: OLIMP. Wszystko
przez prognozę pogody - tylko tam (no i jeszcze w Bułgarii)
miało być słońce. A przecież nie ma sensu siedzieć w Alpach
i patrzeć przez okno schroniska na strugi deszczu. Tak więc:
kierunek GRECJA! |
|
| |
|
|
|
| W tym roku nasze autko było
nieco większe, więc się mieściliśmy bez problemu. Poza tym
nie braliśmy tyle sprzętu - Olimp nie jest tak wysoki, a i
śnieg rzadko tam bywa, o zabezpieczeniach, w które można by
się wpiąć, nie wspominając. Tak więc odpadły raki, czekany,
uprzęże, kaski, puchowe kamizelki - zawsze to jakieś
odciążenie :-) |
| |
|
|
|
|
|
|
|
| |
|
|
|
|
Śmignęliśmy przez Węgry, Serbię,
Macedonię - autostrada prowadzi, jak po maśle. Po 22h
byliśmy na parkingu w Prioni - tam jest miejsce startu dla
wszystkich pragnących odwiedzić letnią rezydencję Zeusa.
|
| |
|
|
|
| Nocleg pod chmurką, bo nie było
miejsca na namioty, ale przy tamtym klimacie, to prawdziwa
przyjemność. Rano nie zdążyliśmy się do końca zwinąć, co
skończyło się utyskiwaniem właścicielki ławek, które
ośmieliliśmy się wykorzystać. Padło coś chyba o polakach
itp. W każdym razie wyrazy współczucia dla męża tej pani ;-) |
|
| |
|
|
|
| No i w górę... plecaki,
namioty, śpiwory, zupki chińskie ("produkowane w Radomiu").
Większość ludzi zdobywa główny szczyt Olimpu - Mitikas
(2917m) w jeden dzień. Wychodzą o 5 rano, aby zdążyć zejść
ze szczytu przed południem, bo ponoć wtedy zasnuwa się
krążącymi chmurami, które czasem tworzą ciekawe, zielone
błyskawice. My niestety tego zjawiska przez 4 dni nie
mogliśmy dojrzeć - taka była krystaliczna pogoda. |
| |
|
|
|
| Naszym celem jednak nie był tego
dnia Mitikas, a piękna polana przy schronisku na wys. 2600m.
Tam założyliśmy "bazę" - namioty oczywiście. Dzięki
uprzejmości właściciela schroniska nie zapłaciliśmy za to
ani grosza, a do tego jeszcze mogliśmy korzystać z
prawdziwych wygód cywilizacji (łazieneczka, prysznic,
kibelki, wszystko w kafelkach). Na wysokości 2600 to, moim
zdaniem, naprawdę luksus (co z tego, że woda miała 6 stopni
;-) |
|
| |
|
|
|
| Następnego dnia "prawie"
zdobyliśmy wszystkie cztery szczyty Olimpu (bo jak się
domyślacie - Olimp to pasmo górskie, a nie pojedynczy szczyt
- wbrew ogólnej opinii. To coś, jak nasze Tatry :-) To
"prawie" robi oczywiście wielką różnicę, a dotyczy jednego
ze szczytów Stefani (2909m), który ostatnie 10m
chroni przepaścistą przełęczą i chyba tylko wprawieni
wspinacze tam włażą. Natomiast Mitikas (2917),
Skolio (2912) i Skala (2866) dały się zdobyć,
choć trzeba było się namęczyć - zwłaszcza ten najwyższy -
można na ostatnich 300m trochę się napocić (czyt. narobić
w gacie ;-) zwłaszcza przy schodzeniu. |
| |
|
|
|
|
|
|
|
| |
|
|
|
| Niezapomniana będzie dla mnie
Msza Święta na najwyższym szczycie, gdy podczas Podniesienia
zobaczyliśmy, że na hostii jest napisane po grecku (czysty
przypadek, bo hostia była z Polski): IC XC NIKE - Jezus
Chrystus Zwycięża. To dopiero! Tu niby Zeus i to całe
bożkowe towarzycho, ale nie! Jezus Chrystus Zwycięża!
Jakby Pan Bóg chciał nam to wyraźnie powiedzieć właśnie tu,
w siedzibie bogów greckich. |
|
| |
|
|
|
|
Drugi dzień chłopacy postanowili
poświęcić na "zaliczenie" Mitikasa innym szlakiem, a
ponieważ dla mnie góry są jak kobiety (nie "zalicza" się
ich, tylko "zdobywa" ;-) więc poszedłem na "połoninki". |
| |
|
|
|
| "Połoninki" miały po 2600
wysokości i oczywiście szlaki typu: gdzie mi się farba
wylała, tam będzie szlak. Grecy chyba nie doceniają
piękna wędrowania po górach... a może zniechęca ich pogoda -
podczas, gdy my na tych wysokościach mieliśmy 25 stopni, oni
tam na dole mieli 40 w cieniu, więc nic dziwnego, że im się
nie chce ruszać z domu. W każdym razie po godzinie
bezowocnych poszukiwań szlaku, wyjąłem kompas i pierwszy raz
w życiu na tej wysokości szedłem na przełaj :-)
fajnie było! |
| |
|
|
|
| I choć chciałoby się pobyć
jeszcze troszkę w tych malowniczych górach, to wzywały nas
kolejne greckie atrakcje: METEORY - przecudowne skały,
wyrastające jakby znikąd, a na nich przecudowne klasztory
wyrastające jakby ze skały... |
|
| |
|
|
|
| Meteory postanowiliśmy
przejść pieszo, co spotkało się z niedowierzaniem
miejscowych, pytanych o drogę i pełnym fascynacji
fotografowaniem turystów z klimatyzowanych autokarów :-) w
końcu było 40 stopni w cieniu. |
| |
|
|
|
| Ale warto było! Zwłaszcza
niezapomniany będzie nocleg w jednym ze zrujnowanych
klasztorów, na jednej ze skał... No a poza tym, to zupełnie
co innego wdrapać się na taką górę, niż dojechać tam
autokarem, co nie? |
|
| |
|
|
|
|
Jednak powrót do miasteczka
"startowego", czyli Kalambaki, postanowiliśmy sobie
ułatwić... autostopem. A po powrocie ostatni "kultowy" punkt
programu: ATENY. |
| |
|
|
|
| A w Atenach oczywiście Akropol
- śmieliśmy się, że skoro byliśmy u Zeusa na chacie,
to trzeba było też do "zimowej rezydencji" (bo na "letnią"
to ona się nie nadaje, wierzcie mi! ;-) |
| |
|
|
|
|
|
| |
|
|
|
| Niestety na więcej nie mogliśmy
sobie pozwolić, bo jeszcze tego samego dnia czekała nas
podróż do domu. Tak więc zaliczywszy kultową kąpiel w morzu
egejskim (ot tak, bo było przy autostradzie, a przy tych upałach naprawdę
zachęcało do dłuższego postoju), śmignęliśmy w stronę
Ojczyzny. |
|
| |
|
|
|
| |
|
by xTomek SAC
|
| |
|
|
|
|
---> kilka fotek z
Meteorów <--- |
|
|
|
|
|
|