|
Czterech wariatów (księży zresztą), 4 kółka marki Skoda, 4
słoneczne dni i 4 trzytysięczniki zdobyte. Niezły bilansik
co? |
|
| |
|
|
|
| |
Pierwotnie miały być Dolomity.
Zajechaliśmy we wtorek po południu, paląc po drodze hamulce
(dosłownie!) na włoskich górach i dolinach. Nasza Skoda
dostała niezły wycisk - my zresztą też, bo przestrzeń
bagażowa niewielka, więc się gnietliśmy z plecakami,
sprzętem i żarciem na całą wyprawę (bo w Polsce dużo
tańsze). |
|
W prognozach 2 dni słońca. No
to krótka piłka - uderzamy na 2300m założyć bazę (namioty
oczywiście, bo w schronisku to 25 euro chcieli), a jutro
atakujemy najwyższy szczyt - Marmoladę (3343m). Próbowałem
nieśmiało protestować, że aklimatyzacja potrzebna, że cała
noc jazdy za nami, ale 3 do 1 - demokracja ma przebicie, no
i nie było rady. |
|
| |
Wstaliśmy rankiem zapakowaliśmy
uprzęże, lonże, kaski, raki, okulary słoneczne, czapki,
rękawiczki, butle gazowe, mnóstwo wody (bo w Dolomitach jest
jej mało) i ruszyliśmy.
W Dolomitach wspina się po ubezpieczonych trasach tzw.
Via Ferrata (czyli Żelazne Drogi). Pełno klamer, drabinek, a obok zawsze stalowa lina, w którą można się
wpiąć i w razie czego nie lecieć w dół 300m tylko np. 10 m
(to zawsze coś, co nie?)
Na szczęście nikt nie musiał sprawdzać wytrzymałości swojej
lonży i absorbera energii, a na najwyższym szczycie byliśmy
sporo po południu. I pierwszy raz w życiu odprawiałem Mszę
Świętą na takiej wysokości. To dopiero była Świątynia. Nawet
Bazylika św. Piotra nie podskoczy. A jakie "ołtarze"
dookoła! Zresztą sami zobaczcie na zdjęciach. |
| |
|
|
|
| |
|
|
--> Więcej fotek <-- |
| |
|
|
|
| W drugim dniu zdobyliśmy
jeszcze Cime de Ombretta (3011m), który z naszej bazy przy
schronisku Falier był dosyć łatwo osiągalny. Nie wzięliśmy
nawet sprzętu asekuracyjnego, co przy jednym podejściu
(jakieś 60m pionowo w górę) przyniosło nam trochę strachu,
ale i sporo satysfakcji (po zdobyciu oczywiście). |
| |
|
|
|
Niestety po dwóch dniach pogoda się popsuła.
A ponieważ wspomniana stalowa lina działa w czasie burzy,
jak jeden wielki piorunochron, więc raczej nie wspina się w
Dolomitach w burze. Prognoza? Tydzień deszczu! "Maaatkoo! Co
my zrobimy?!" "Jak to co? Jedziemy w Pireneje, tam musi być
jakieś słońce!" (już nie pamiętam, czy to Franek rzucił ten
tekst, czy Jarek) |
|
| |
Drobiazg - jakieś kolejne
1300km. Skoda znów wytrzymała i już nawet nie dymiła czarnym
dymem z hamulców. Niestety w Pirenejach też lało i... to
chyba było zaproszenie Matki Bożej, żebyśmy odwiedzili
Lourdes (to tylko 60 km od tych gór). A tu błogosławieństwo od samego początku: najpierw
znaleźliśmy nocleg w 5 minut, 300m od Sanktuarium i to za
grosze (to już był cud), potem przestało padać i wieczorna
procesja wyszła cudownie, a na koniec jeszcze udało mi się
dogadać we francuskim sklepiku i kupić, co potrzeba, żeby
przyrządzić pyszną jajecznicę z 25 jajek. Mój francuski jest
zerowy, a żabojady nie kumali ani po angielsku, ani po
niemiecku - zatem słowo "kiełbasa" po 10 minutach horroru
brzmiało: "Muuu! Mniam mniam" z odpowiednim gestem typu
"krowie rogi" i "jedzenie kiełbasy" - żabojady skumały i
kupiłem te kiełbasę do jajecznicy w końcu. |
W Lourdes codziennie jest
procesja Maryjna z lampionami. Kilka tysięcy ludzi modli się
na różańcu w różnych językach. Pomiędzy dziesiątkami
śpiewaliśmy "Po górach dolinach" w kilkunastu językach
świata. Jak miło było między francuskimi wzgórzami usłyszeć
w pewnym momencie polskie słowa tej pieśni.
W niedzielę rano uczestniczyliśmy w fenomenalnej Mszy
Świętej w podziemnym kościele. Naprawdę wspaniałe przeżycie.
Modliłem się wtedy za moje kochane pokemony, za parafię, za
rodzinę - modlitwa z serca sama cisnęła się na usta. |
|
| |
Ponieważ nadal padało, więc nie
pozostało nam nic innego, jak tylko lajtowa trasa typu
"morskie oko". Wybraliśmy Gevarnie, małą miejscowość, ale z
największym wodospadem Europy - Grande Cascade (ok. 420 m
wysokości). A potem kolejny wycisk dla Skody - przejazd
przez góry na hiszpańską stronę Pirenejów. SMS od mojego
brata: "Dziś pada. Jutro słońce i już zostanie do końca
tygodnia" - lepszych wieści nie mogliśmy dostać. |
|
A zatem do boju - na najwyższy
szczyt Pirenejów - Pico de Aneto (3404m). Namioty (bo w
Pirenejach mało jest schronisk, ale za to można rozbijać
namioty, gdzie się chce), żarcie (znów te proszki i chińskie
zupki), sprzęt (tym razem bez uprzęży i lonży, bo Hiszpanie
nie dbają o turystów zupełnie i podchodzą do Pirenejów tak:
"jakimi je Panie Boże stworzyłeś, takimi niech se je turyści
zdobywają" ;-) a więc żadnych lin, drabinek, klamer, nawet
szlaku nie pomalowali, tylko życzliwi turyści ustawiają na
trasach tzw. kopczyki)
Założyliśmy "bazę" na wysokości 2600m. Tak wysoko jeszcze
nie spałem, a zwłaszcza w namiocie. Do tej pory odkaszluję
te minus 8 w nocy hehe, ale co tam - warto było! Te zachody
słońca, cisza, orły szybujące nad graniami, ta lodowata woda
do mycia i ten wiatr szarpiący namioty, jak by chciał je
porwać i zostawić nas na pastwę mrozu. Super! |
| |
|
|
|
Atak szczytowy. Wstanie w
"środku nocy" (w Hiszpanii latem o 7 rano jest jeszcze
ciemno, za to zachód słońca jest tak ok. 23ej). Raki -
koniecznie, bo przed nami fragment lodowca. Butla gazowa i
kubeczki (bo po co dźwigać termos ;-) i do boju!
Niestety Aneto nie był dla nas gościnny. Na 3 godziny
zasłonił się chmurą, która sprawiła, że czuliśmy się, jak na
prawdziwej ekspedycji typu "K2" ;-) Widoków zatem nie było
na szczycie (Jarek i Andrzej postanowili naprawić ten
problem następnego dnia - i rzeczywiście mieli lepszą
pogodę), ale i tak satysfakcja niesamowita. No i ten
lodowiec! Nie było trudno technicznie, choć przyznam, że bez
raków i kijków, można by się załamać. |
|
| |
Po kolejnej nocy, w której mój
śpiwór udowodnił, że "do zera stopni" to nie to samo, co "do
minus 8 stopni", a ja miałem na sobie sweter, kurtkę,
szalik, czapkę itp. a i tak budziłem się z zimna,
podzieliliśmy się na 2 grupy. Jarek z Andrzejem postanowili
poprawić zdobycie najwyższego szczytu, żeby coś z niego
zobaczyć, a Franek (mój profesor z seminarium, u
którego pisałem magisterkę z biblistyki) i ja poszliśmy na inny
trzytysięcznik - Pic de Tempestats czyli Szczyt Burzowy
(3296m). Okazał się dość trudny, ale za to prześliczny. |
| |
|
|
|
I cóż. Niby byliśmy 10 dni, ale
odliczając te spędzone w samochodzie i te na założenie
"baz", to w sumie mieliśmy tylko 4 pełne dni, 4
trzytysięczniki i 4 wariatów (bo jak inaczej nazwać kogoś,
kto robi Skodą 5000 km, żeby znaleźć słońce?) Jedynie Franek
się wyżarł i zdobył w tym czasie 5 trzytysięczników, ot tak,
po drodze, schodząc z Pico de Aneto.
Teraz pewnie znowu będę miał roczną alergię na chińszczyznę
i mleko w proszku, choć i tak mieliśmy w tym roku trochę
żywności liofilizowanej (dzięki firmie
Elena Turist -
taka mała reklama w podziękowaniu ;-) która
nam ją zasponsorowała, a właściwie nie nam, tylko moim
pokemonom na spływ kajakowy, a że parę paczuszek zostało, to
wziąłem je w góry, a co!)
Czy w przyszłym roku Mont Blanc? Hmm 3400 to już blisko
4800, ale może bez przesady ;-) |
| |
|
|
|
| |
|
|
by xTomek SAC
|
| |
|
|
|
| |
|
|
|
| |
|
|
|
|