Dolomity i Pireneje '2005 czyli "3000 mil  w pogoni za słońcem"
Bramki SMS
Mail do xTomka Dodaj do Ulubionych Ustaw jako Startową
Czterech wariatów (księży zresztą), 4 kółka marki Skoda, 4 słoneczne dni i 4 trzytysięczniki zdobyte. Niezły bilansik co?  
       
  Pierwotnie miały być Dolomity. Zajechaliśmy we wtorek po południu, paląc po drodze hamulce (dosłownie!) na włoskich górach i dolinach. Nasza Skoda dostała niezły wycisk - my zresztą też, bo przestrzeń bagażowa niewielka, więc się gnietliśmy z plecakami, sprzętem i żarciem na całą wyprawę (bo w Polsce dużo tańsze).  

W prognozach 2 dni słońca. No to krótka piłka - uderzamy na 2300m założyć bazę (namioty oczywiście, bo w schronisku to 25 euro chcieli), a jutro atakujemy najwyższy szczyt - Marmoladę (3343m). Próbowałem nieśmiało protestować, że aklimatyzacja potrzebna, że cała noc jazdy za nami, ale 3 do 1 - demokracja ma przebicie, no i nie było rady.
 
 
Wstaliśmy rankiem zapakowaliśmy uprzęże, lonże, kaski, raki, okulary słoneczne, czapki, rękawiczki, butle gazowe, mnóstwo wody (bo w Dolomitach jest jej mało) i ruszyliśmy.
W Dolomitach wspina się po ubezpieczonych trasach tzw. Via Ferrata (czyli Żelazne Drogi). Pełno klamer, drabinek, a obok zawsze stalowa lina, w którą można się wpiąć i w razie czego nie lecieć w dół 300m tylko np. 10 m (to zawsze coś, co nie?)
Na szczęście nikt nie musiał sprawdzać wytrzymałości swojej lonży i absorbera energii, a na najwyższym szczycie byliśmy sporo po południu. I pierwszy raz w życiu odprawiałem Mszę Świętą na takiej wysokości. To dopiero była Świątynia. Nawet Bazylika św. Piotra nie podskoczy. A jakie "ołtarze" dookoła! Zresztą sami zobaczcie na zdjęciach.
       
      --> Więcej fotek <--
       
W drugim dniu zdobyliśmy jeszcze Cime de Ombretta (3011m), który z naszej bazy przy schronisku Falier był dosyć łatwo osiągalny. Nie wzięliśmy nawet sprzętu asekuracyjnego, co przy jednym podejściu (jakieś 60m pionowo w górę) przyniosło nam trochę strachu, ale i sporo satysfakcji (po zdobyciu oczywiście).
       

Niestety po dwóch dniach pogoda się popsuła. A ponieważ wspomniana stalowa lina działa w czasie burzy, jak jeden wielki piorunochron, więc raczej nie wspina się w Dolomitach w burze. Prognoza? Tydzień deszczu!
"Maaatkoo! Co my zrobimy?!"
"Jak to co? Jedziemy w Pireneje, tam musi być jakieś słońce!"
(już nie pamiętam, czy to Franek rzucił ten tekst, czy Jarek)
 
 
Drobiazg - jakieś kolejne 1300km. Skoda znów wytrzymała i już nawet nie dymiła czarnym dymem z hamulców. Niestety w Pirenejach też lało i... to chyba było zaproszenie Matki Bożej, żebyśmy odwiedzili Lourdes (to tylko 60 km od tych gór). A tu błogosławieństwo od samego początku: najpierw znaleźliśmy nocleg w 5 minut, 300m od Sanktuarium i to za grosze (to już był cud), potem przestało padać i wieczorna procesja wyszła cudownie, a na koniec jeszcze udało mi się dogadać we francuskim sklepiku i kupić, co potrzeba, żeby przyrządzić pyszną jajecznicę z 25 jajek. Mój francuski jest zerowy, a żabojady nie kumali ani po angielsku, ani po niemiecku - zatem słowo "kiełbasa" po 10 minutach horroru brzmiało: "Muuu! Mniam mniam" z odpowiednim gestem typu "krowie rogi" i "jedzenie kiełbasy" - żabojady skumały i kupiłem te kiełbasę do jajecznicy w końcu.

W Lourdes codziennie jest procesja Maryjna z lampionami. Kilka tysięcy ludzi modli się na różańcu w różnych językach. Pomiędzy dziesiątkami śpiewaliśmy "Po górach dolinach" w kilkunastu językach świata. Jak miło było między francuskimi wzgórzami usłyszeć w pewnym momencie polskie słowa tej pieśni.
W niedzielę rano uczestniczyliśmy w fenomenalnej Mszy Świętej w podziemnym kościele. Naprawdę wspaniałe przeżycie. Modliłem się wtedy za moje kochane pokemony, za parafię, za rodzinę - modlitwa z serca sama cisnęła się na usta.
 
 
Ponieważ nadal padało, więc nie pozostało nam nic innego, jak tylko lajtowa trasa typu "morskie oko". Wybraliśmy Gevarnie, małą miejscowość, ale z największym wodospadem Europy - Grande Cascade (ok. 420 m wysokości). A potem kolejny wycisk dla Skody - przejazd przez góry na hiszpańską stronę Pirenejów. SMS od mojego brata: "Dziś pada. Jutro słońce i już zostanie do końca tygodnia" - lepszych wieści nie mogliśmy dostać.
 

A zatem do boju - na najwyższy szczyt Pirenejów - Pico de Aneto (3404m). Namioty (bo w Pirenejach mało jest schronisk, ale za to można rozbijać namioty, gdzie się chce), żarcie (znów te proszki i chińskie zupki), sprzęt (tym razem bez uprzęży i lonży, bo Hiszpanie nie dbają o turystów zupełnie i podchodzą do Pirenejów tak: "jakimi je Panie Boże stworzyłeś, takimi niech se je turyści zdobywają" ;-) a więc żadnych lin, drabinek, klamer, nawet szlaku nie pomalowali, tylko życzliwi turyści ustawiają na trasach tzw. kopczyki)
Założyliśmy "bazę" na wysokości 2600m. Tak wysoko jeszcze nie spałem, a zwłaszcza w namiocie. Do tej pory odkaszluję te minus 8 w nocy hehe, ale co tam - warto było! Te zachody słońca, cisza, orły szybujące nad graniami, ta lodowata woda do mycia i ten wiatr szarpiący namioty, jak by chciał je porwać i zostawić nas na pastwę mrozu. Super!
       

Atak szczytowy. Wstanie w "środku nocy" (w Hiszpanii latem o 7 rano jest jeszcze ciemno, za to zachód słońca jest tak ok. 23ej). Raki - koniecznie, bo przed nami fragment lodowca. Butla gazowa i kubeczki (bo po co dźwigać termos ;-) i do boju!
Niestety Aneto nie był dla nas gościnny. Na 3 godziny zasłonił się chmurą, która sprawiła, że czuliśmy się, jak na prawdziwej ekspedycji typu "K2" ;-) Widoków zatem nie było na szczycie (Jarek i Andrzej postanowili naprawić ten problem następnego dnia - i rzeczywiście mieli lepszą pogodę), ale i tak satysfakcja niesamowita. No i ten lodowiec! Nie było trudno technicznie, choć przyznam, że bez raków i kijków, można by się załamać.
 
 
Po kolejnej nocy, w której mój śpiwór udowodnił, że "do zera stopni" to nie to samo, co "do minus 8 stopni", a ja miałem na sobie sweter, kurtkę, szalik, czapkę itp. a i tak budziłem się z zimna, podzieliliśmy się na 2 grupy. Jarek z Andrzejem postanowili poprawić zdobycie najwyższego szczytu, żeby coś z niego zobaczyć, a  Franek (mój profesor z seminarium, u którego pisałem magisterkę z biblistyki) i ja poszliśmy na inny trzytysięcznik - Pic de Tempestats czyli Szczyt Burzowy (3296m). Okazał się dość trudny, ale za to prześliczny.
       
I cóż. Niby byliśmy 10 dni, ale odliczając te spędzone w samochodzie i te na założenie "baz", to w sumie mieliśmy tylko 4 pełne dni, 4 trzytysięczniki i 4 wariatów (bo jak inaczej nazwać kogoś, kto robi Skodą 5000 km, żeby znaleźć słońce?) Jedynie Franek się wyżarł i zdobył w tym czasie 5 trzytysięczników, ot tak, po drodze, schodząc z Pico de Aneto.

Teraz pewnie znowu będę miał roczną alergię na chińszczyznę i mleko w proszku, choć i tak mieliśmy w tym roku trochę żywności liofilizowanej (dzięki firmie Elena Turist - taka mała reklama w podziękowaniu ;-) która nam ją zasponsorowała, a właściwie nie nam, tylko moim pokemonom na spływ kajakowy, a że parę paczuszek zostało, to wziąłem je w góry, a co!)

Czy w przyszłym roku Mont Blanc? Hmm 3400 to już blisko 4800, ale może bez przesady ;-)
       
     

 by xTomek SAC